W Warszawie na Krakowskim Przedmieściu 10 października kilkaset osób czciło beton, na którym stał krzyż ku czci. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że krzyż został „ukradziony" i że te dwie belki to skarb narodowy. Doniesienia o rozmiarach tej demonstracji narodowej były równie sprzeczne jak doniesienia o sobotnim Marszu Ateistów w Krakowie. W Krakowie zdaniem prasy lokalnej demonstrowało około 500 osób, zdaniem Polskiej Agencji Prasowej 200.

Doniesienia z LA nie mają takiego rozrzutu. W Los Angeles odbywała się w miniony weekend konferencja Council for Secular Humanism — największej amerykańskiej organizacji skupiającej ateistów i agnostyków.

Na konferencję przyjechało około 300 osób i w tej kwestii nie ma żądnych sprzeczności. Te zaczynają się dopiero przy próbach oceny ilu jest w amerykańskim społeczeństwie niewierzących. Oczywiście problem zaczyna się od definicji — ateista, agnostyk, niewierzący, religijnie obojętny. Różne badania szacują liczbę niewierzących na 5 — 15 procent. (Owe 5 to zdeklarowani ateiści.) Ciekawie zaczyna się robić, kiedy zaczynamy zaglądać jak przedstawia się sytuacja w różnych grupach, w szczególności kiedy bierzemy pod lupę takie zmienne jak wykształcenie, wiek, iloraz inteligencji.

W Krakowie, w obawie przed chrześcijańską kontrdemonstracją, Marsz Ateistów osłaniała policja, bo z jakiegoś powodu podejrzewano, że chrześcijańscy kontr-demonstranci nie przyjdą nadstawiać drugiego policzka i mogą być agresywni.

O agresji mówiono również w Los Angeles, o słownej agresji „nowych ateistów". Wśród broniących prawa do mówienia otwartym tekstem byli dobrze znani naszym czytelnikom autorzy, tacy jak Richard Dawkins, Sam Harris, PZ Myers czy Victor Stenger. Ten ostatni mówił o „całkiem realnej" wojnie między nauką i religią, w której niewierzący muszą rzucić otwarte wyzwanie dewotom, zaś o rzekomej agresji Richard Dawkins mówił, że trzeba rozróżnić między tym, co jest klarownym językiem, a tym co jest wrzaskliwością.

Jak donosił nieco zagniewany dziennikarz Los Angeles Times, Mitchell Landsberg, religię prezentowano tam jako „nonsens" i „zabobon", zaś wierzących określano jako „ignorantów" i „głupców", a krytykowano tak samo chrześcijan, żydów i muzułmanów.

Nie jestem pewien czy ta prezentacja dobrze oddaje atmosferę tego spotkania, chociaż bez wątpienia atmosfera była żywa, a główny nurt sporów toczył się między szukającymi ugrzecznionej krytyki religii tzw. akomodacjonistami, a „nowymi ateistami", którzy uważają, że szacunek dla drugiego człowieka nie musi oznaczać szacunku dla jego poglądów i że pora przestać owijać wszystko w bawełnę.

W kraju przestał owijać sprawy w bawełnę Janusz Palikot i co chwila dowiadujemy się, że wzrasta liczba zaniepokojonych. Ostatnio na marginesie wystąpienia Palikota Michał Boni przekonuje nas, że rząd Donalda Tuska jest „jednym z najbardziej neutralnych światopoglądowo rządów".

Nie wiedzieliśmy dotąd, że jest na tym polu jakakolwiek konkurencja, ale Michał Boni widać wie co mówi. Boni przyznaje, że „przez ostatnie 20 lat w relacjach państwo-Kościół mieliśmy niekiedy do czynienia nie ze współpracą a z uleganiem…". Już samo zauważenie tego faktu przez osoby tak szczerze oddane może świadczyć, że coś się jednak w naszym kraju zmienia. Oczywiście kościelne przekręty to zdaniem polityka PO jakieś kompletne drobiazgi, ale jak widać pora o nich wspomnieć.

Tymczasem obchodziliśmy kolejny „Dzień papieski" (Czesi gdyby mieli swojego papieża to pewnie już dawno nakręciliby komedię „Pa-pieski świat"). Kardynał Dziwisz chyba nie miał dobrego dnia, bo mówił o tym, że:

„Kościół w Polsce nie chce czuć się obco, bo na to nie zasłużył… Słuchając niektórych publicznych wypowiedzi w tych dniach, można odnieść wrażenie, że zapominamy, kim jesteśmy i gdzie, w jakiej Ojczyźnie żyjemy. Dlaczego pojawia się wrogość wobec Kościoła? Dlaczego chce się go pozbawić głosu? Dlaczego chce się mu odmówić prawa do obecności w życiu Narodu?"

I skąd to tyle goryczy w kardynale. Już po raz dziesiąty odchodziliśmy „Dzień papieski" i jeszcze takiej smuty nie było. Na szczęście naród żywy pomnik stawia Janowi Pawłowi II, wspierając fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia, która pomaga w kształceniu tysięcy młodych Polek i Polaków (na zakonnice i księży).

Przewodniczący tej fundacji, Nycz Kazimierz, powiedział znowu , że „krzyż nie powinien być przedmiotem żadnego sporu" ale okazją do uiszczenia. Każdego roku w trakcie Dnia Papieskiego zbierane są pieniądze na stypendia dla zdolnej polskiej młodzieży z niezamożnych i ubogich rodzin. Więc uiścić trzeba, gdyby ktoś chciał, żeby młodzież kształcona była w duchu.

Chętnych do tego akurat kształcenia jest ostatnio mniej, co zapewne było jeszcze jednym powodem smutku kardynała Dziwisza, większym powodem był zapewne ów atak na „wypasione biskupie brzuchy". Próbował ten atak odpierać w ubiegłym tygodniu były minister sprawiedliwości, Andrzej Czuma, który wyjaśniał, że biskupi mają pracę siedzącą. Ten polityk PO dodał również szybko, że Kościołowi na pewno nie oddano więcej niż mu zabrano.

W sumie jednak trudno nie zauważyć, że coś pękło i maź niechęci do Kościoła zaczęła się wylewać z różnych stron.

Na amerykańskim zjeździe ateistów znów przywoływano datę 11 września. Sądzę, że znacznie więcej czynników się na tę przyspieszoną zmianę postaw społecznych złożyło, a islamiści dołożyli tu tylko swoją cegiełkę. Im lepiej radzimy sobie z planowaniem rodziny, tym bardziej Kościół próbuje to utrudniać. Nic dziwnego, że nie tylko prezerwatywa i pigułka biskupom w gardle ością stoi, ale i in vitro i badania prenatalne i badania na komórkach zarodkowych. Prawdę mówiąc cała biologia bardzo im się nie podoba. Motywowany religią islamski terroryzm zapewne zwiększył gotowość krytycznego spojrzenia na wszelką religię, ale warto pamiętać o szeregu innych czynnikach, takich jak ponowne wkroczenie religii w nasze życie prywatne za pośrednictwem nowoczesnych mediów. Zdawać by się mogło, że teleewangeliści to zjawisko wyłącznie amerykańskie, ale i u nas Rydzyk wystarczająco groteskowo ewangelizował, żeby niektórych zniechęcić. O pedofilach w sutannach zapominać nie należy, bo kościelne skandale seksualne i finansowe również szacunek dla świętej instytucji cokolwiek podważyły.

Były komunistyczny świat, a Polska w szczególności, miał swój odmienny rytm kłopotów z religią. Komunistyczny ateizm nie miał sympatycznego oblicza i naturalną rzeczy koleją, wraz z upadkiem komunizmu nastąpił zwrot w kierunku Kościoła. Polska, która miała swojego prywatnego papieża, osunęła się na kolana, i postkomunistyczna arena polityczna stała się na długo areną targów kto da (Kościołowi) więcej.

Powiada Michał Boni, że rząd Donalda Tuska jest najbardziej neutralny światopoglądowo. Nie można wykluczyć, że ma trochę racji. Powody są co najmniej dwa: pierwszy , że Kościół dostał już wszystko o co prosił i dużo więcej; drugi, który politycy zaczynają pomalutku zauważać, że spora część społeczeństwa ma serdecznie dość.

Jak duża część społeczeństwa ma dość? Tego nie wiemy, ale widać wystarczająco duża, żeby niektórzy politycy zaczęli zastanawiać się, czy im nadal z Kościołem po drodze.

Jest tu jeszcze jeden czynnik, o którym mało się słyszy — zmiana generacyjna. Od upadku komunizmu upłynęło ponad 20 lat. Dla dzisiejszych trzydziestolatków komunizm to zamierzchła historia, martyrologia antykomunistycznej opozycji jest dla nich równie nudna jak legendy o „Papieżu-Polaku". Są nowocześni i zgrzebna polska religijność trochę ich żenuje, trochę śmieszy, a głównie przeszkadza.

Kilka dni temu jechałem samochodem z dwójką młodych ludzi oczekujących na dziecko i budujących dom. Ważyła się jeszcze sprawa ewentualnego przewiezienie osławionego krzyża do Smoleńska. Dla nich była to groteska polityki, teatr absurdu. Mówili z obrzydzeniem o religii wciskającej się w ich życie codzienne, mówili o rodzinie, o przełożonych, o kolegach w pracy.

— Jak się szambo wyleje, to politycy sami nie będą wiedzieli co ich hukło. W następnych wyborach to będzie już zupełnie inny elektorat.… — powiedział młody człowiek.

— … i może powiedzieć: a bogu krzyż na drogę — dodała jego żona z tylnego siedzenia samochodu.

Zobaczymy.