Od czasu do czasu spotykam się z pytaniem jak dotarłem do ateizmu? Ciekawe — jak też ktoś może zostać ateistą? Temu pytaniu nieodmiennie towarzyszy ukryte przekonanie, że ateista był wcześniej wierzącym i do ateizmu doszedł w drodze studiów i poszukiwań. Istotnie ateistą nie zostaje się w wyniku ceremonii ateistycznego chrztu, ani ciągu rytualnych zabiegów mających na celu internalizację irracjonalnych odruchów. Oczywiście dzieci ateistów bardzo często są ateistami, ale rzadko w wyniku ateistycznej indoktrynacji. Co więcej mam wrażenie (nie znam żadnych badań na ten temat, więc to tylko wynik luźnych obserwacji), że zdarzająca się czasem silna ateistyczna indoktrynacja, przynosi skutki odwrotne od zamierzonych i prowadzi do poszukiwania wiary. Wielopokoleniowy ateizm wydaje się być najsilniej utrwalony tam, gdzie religijnej indyferencji towarzyszy wciąganie w zainteresowanie nauką.

Na pytanie jak zostałem ateistą odpowiadałem już setki razy (ostatnio jadę mantrą, że było to już tak dawno, na samym początku kształtowania się własnej osobowości i nawyków samodzielnego myślenia, że już nie pamiętam). Coraz częściej jednak kusi mnie odpowiedź pytaniem na pytanie: a jak pan/pani dotarł do wiary w katolickiego boga?

Zupełnie nie chodzi mi tu o stary dowcip z pytaniem, czy pan jest wierzący, który zgodnie z podszeptem mędrców rozwijamy na drugim etapie pytaniami o UFO, krasnoludki i wiarę w dobrą wróżkę. Nie, chodzi mi o uczciwe pytanie o wiarę rzymsko-katolicką w odróżnieniu od wiary luterańskiej czy kalwińskiej, prawosławnej, czy którejś geograficznie bardziej oddalonej.

No właśnie, wiara geograficznie bliska i geograficzne odległa. Wiara, nawet jeśli określa się jako katolicka, czyli powszechna, jest zawsze lokalna. Każda (niemal) wiara aspiruje do uniwersalności, ale ma konkurentów posiadających równie mocne dowody na to, że to oni są uniwersalni. Tak więc pytanie o to, jak ktoś doszedł do swojej wiary w boga jest nietaktowne, zgoła aroganckie, do wiary w boga się nie dochodzi, ona na człowieka spływa zanim się człowiek obejrzy.

A jednak wydaje się, że namówienie rozmówcy do pełnego partnerstwa i analizy jak doszedł do swojej wiary w boga, w zamian za moją relację jak doszedłem do ateizmu, wydaje się uczciwym handlem. Zakładamy, że dla obydwu stron jest to ciekawe, że naprawdę chcą się dowiedzieć jak to było i nie zamierzają zadowolić się byle jaką odpowiedzią. Dla wierzącego taka analiza drogi do wiary może okazać się zgoła trudniejsza. Większość (polskich) ateistów to ateiści pierwszej generacji, którzy wchodzili na tę drogę jako istoty świadome, często dojrzewające lub dojrzałe. Ateiści opowiadają zazwyczaj o spotkaniach z żywymi ludźmi lub autorami książek; ateizm jest przygodą intelektualną, powiązaną z poszukiwaniem własnego ja, moich relacji ze światem, z innymi ludźmi, z nauką. Daje się o tej przygodzie opowiedzieć.

Ateizm jest trudny, nie ma papieża, nie ma katechizmu, nie ma duchownych, którzy mogliby autorytatywnie odpowiedzieć na nasze dylematy. Masz problem, musisz zacząć szperać, szukać odpowiedzi, ważyć odpowiedzi, do których doszli inni i decydować w oparciu o (zawsze niepełne) własne rozeznanie.

Pytanie o drogę do jakiegoś wyznania (w szczególności, jeśli pytamy kogoś, kto nigdy wyznania nie zmieniał) to pytanie najpierw o lojalność i bazującą na lojalności tożsamość, a dopiero potem o refleksję dotyczącą owego przypisania.

Lata temu przyjaciel (człowiek ogromnej wiedzy i wielkiej inteligencji)zapewnił mnie w takiej rozmowie, że gdyby urodził się w dowolnym miejscy na ziemi, najprawdopodobniej doszedłby do chrześcijaństwa.

Mój gwałtowny protest przyjął z pogodną pokorą, dorabiając do swojej teorii dodatkowe założenia dotyczące wykształcenia, względnej tolerancyjnego środowiska i swobodnego dostępu do informacji. Do największych spięć między nami dochodziło, gdy zaczynałem przekonywać, iż religia jest bardziej tradycją niż refleksją. Nie chciał się z tym pogodzić, chociaż oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że jest to wyjątkowo niewygodny argument.

Pytanie o to, jak pan/pani doszedł do swojego boga, wydaje się być pytaniem o podkategorię. W każdej religii każda jednostka korzysta z pewnego marginesu swobody i jednak wybiera. Ten jednostkowy bóg jest efektem mieszanki tradycji rodzinnej iśrodowiskowej oraz osobowości i to zarówno jej elementów nabytych, jak i wrodzonych.

Warto zwrócić uwagę na opowieści ateistów o ich wierzących rodzicach. Krytyczny stosunek do religii przodków wydobywa w tych relacjach bardziej zróżnicowany obraz wierzących krewnych. Ich opowieści o zachowaniach dziadków i rodziców stanowią fascynujący materiał ukazujący jak ta sama religia i to samo środowisko odmiennie wpływa na jednostki.

Wiele miejsca poświęcamy w Racjonaliście islamowi i często spotykają nas dość prymitywne zarzuty o „wrzucaniu wszystkich do jednego worka". Obserwując bardzo różne środowiska, czy to Afganistanu czy Pakistanu, czy Arabii Saudyjskiej, Egiptu czy Gazy, widzimy niesłychane różnice zachowań nie tylko wynikające z faktu przynależności do różnych grup wykształcenia i dochodów, ale ze względu na odmienne typy osobowości.

Ateiści z muzułmańskiego świata opisują swoje związki emocjonalne z rodzinami i próbują zrozumieć motywy babek, które zmusiły do obrzezania wnuczki, matek, które wydały za mąż zaledwie jedenastoletnią siostrę, która potem popełniła samobójstwo, ojca zmuszającego kochaną córkę do zamążpójścia za jakiegoś dalekiego kuzyna, bicie dzieci, bicie kobiet, wszystko to nieustannie usprawiedliwiane religią właśnie.

W tych relacjach ateistów o swoich rodzinach znajdujemy nieprawdopodobne świadectwo pokazujące głęboką prawdę słynnego określenia Stevena Weinberga, że „niezależnie od religii dobrzy ludzie robią dobre rzeczy a źli złe, ale trzeba religii, żeby dobrzy ludzie robili złe rzeczy".

Z tego nacisku religii skłaniającej do robienia rzeczy złych cześć wiernych wyłamuje się. Obserwując ten świat używam tu czasem określenia „pięknie wierzący" — ludzie których prywatny Bóg różni się od tego, który rządzi motłochem. Tych „pięknie wierzących" spotykamy pod każdą szerokością geograficzną i w każdym wyznaniu. Tu pytanie jak pan/pani doszedł do swojego Boga staje się nagle ze wszech miar uzasadnione.

Krytyka religii nie traci swojego ostrza w obliczu „pięknie wierzących". Nie ma niczego zdumiewającego w fakcie, że ta sama religii może jednych motywować do nienawiści, a drugich do aktów altruizmu, że mogą to być ci sami ludzie zachowujący się inaczej wobec różnych grup. Jednak ci, „pięknie wierzący" to jeszcze inny gatunek, to ci, którzy posiadają zdolność sprzeciwienia się złu wewnątrz własnej grupy, to ci, których własne normy moralne są silniejsze od grupowych.

Pytanie o drogę do ateizmu i pytanie o drogę do swojego, prywatnego Boga przestają być standardowe i stają się nagle podobne w swej istocie. Teraz pytamy o to, jak drugiemu człowiekowi udało się wyrwać z pęt nałożonych przez kulturę i z reguły zaciskanych przez najbliższych. Obserwacja zdumiewająca i potwierdzająca podstawowe wnioski psychologii ewolucyjnej o ewolucyjnym pochodzeniu moralności — „pięknie wierzący" wydają się pojawiać w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, niezależnie od wykształcenia i sił nacisku środowiska. Oczywiście to wyrwanie się z pęt w świecie, w którym kontrola społeczna przenika każdą sekundę życia, jest znacznie trudniejsze i często wymaga większego heroizmu. A przecież, czy to w Ruandzie czy w innych strasznych miejscach na świecie, byli ludzie, którzy w momencie próby umieli ryzykować życie, żeby pozostać wiernym sobie i ratować innych.

Pytanie o to jak pan/pani doszedł do swoich przekonań otwiera drogę do pytania, na które nikt z nas przed testem nie zna odpowiedzi — jak zachowalibyśmy się w momencie próby? A przecież w kwestiach moralności wszystko inne jest (niemal) tylko teorią.