„Szczyt ośmiu najbogatszych państw świata nie przyniósł przełomu." Prawdopodobnie tak właśnie uczą na studiach dziennikarskich, bo nie pamiętam, żebym w polskiej prasie przeczytał inną informację o jakimkolwiek szczycie. Szczyty przełomów nie przynoszą.

Po zakończeniu szczytu prezydent Obama z małżonką wpadł na chwilę do Watykanu i pewnie Watykan chciał coś ważnego załatwić, bo normalnie Papież przyjmuje głowy państw w godzinach przedpołudniowych, ale Barack Obama wybierał się do Afryki i nie zamierzał poświęcać osobnego dnia na spotkanie z p. o. św. Piotra.

Spotkanie było interesujące. W BBC na wideo z powitania widzimy jak amerykański prezydent wita się energicznie z papieżem. Nie ma oczywiście mowy o całowaniu rąk ani o biciu pokłonów. Męski uścisk dłoni i lekko zdumiona mina p.o. św. Piotra. Interesujące, bo po tym powitaniu rozmowa toczyła się przez biurko, chociaż Obama nie robił wrażenia petenta.

Od pewnego czasu Watykan stara się robić dobrą minę do złej gry i głównie miny widzieliśmy podczas watykańskiego spotkania. W mediach amerykańskich właściwie tej wizyty nie zauważono, więc musiałem korzystać z „Gazety Wyborczej":

To symboliczne. Papież dyplomatycznie przypomniał o sporze Kościoła z prezydentem USA w sprawie aborcji, doświadczeń na komórkach macierzystych oraz zapłodnień in vitro — komentują watykaniści. Jednocześnie Benedykt XVI wskazał na dziedziny, w których bardzo liczy na prezydenta Obamę. To walka z biedą, ograniczenie wyzysku w Trzecim Świecie oraz odwrót od twardego neoliberalizmu, o czym pisze w swej encyklice "Caritas in veritate" opublikowanej przed kilkoma dniami.

(Nawiasem mówiąc czasem niesłychanie bawią mnie towarzyszące różnym tekstom w Internecie reklamy. Ponoć program Google dobiera je „inteligentnie", przewidując, na co czytelnicy danego tekstu mogą zwrócić uwagę. Informacji o wizycie Obamy w Watykanie towarzyszyła reklama afrodyzjaków na potencję oraz jakaś dziwna oferta pod hasłem „jak sprawdzić kiedy umrę?".)

Jak naprawdę wyglądała ta rozmowa? Na wideo widzimy jak panowie się witają, kamery rejestrują niepewny uśmiech Ojca Świętego i jego rozbiegane oczy. Papież zaprasza do gabinetu, siadają po obu stronach biurka. Ojciec Święty ma za plecami ścianę, przed sobą rozłożone papiery i swobodnego, roześmianego Obamę. Nie słyszymy co mówią, zresztą po 30 sekundach dziennikarze zostają wyproszeni, jesteśmy skazani na watykańskich komentatorów i wyobraźnię.

Wiemy mniej więcej o czym rozmawiali, nie wiemy jak. Wiemy również, że Benedykt XVI uraczył amerykańskiego prezydenta dwoma egzemplarzami swojej najnowszej encykliki, więc zapewne wykorzystał spotkanie jako jej promocję. Jak wręczał, to musiał rekomendować, ciekawe które fragmenty polecał szczególnie.

Co do mnie, to czytając tę encyklikę zwróciłem uwagę, że chociaż na początku autor twierdzi, że jest to przede wszystkim kontynuacja myśli Pawła VI zawartych w Populorum progressio, to jednak czytelnik odnosi nieodparte wrażenie, że jest to bardziej kontynuacja walki z środkami antykoncepcyjnymi zawarta w Humanae vitae. (Encyklika ta powstała w 1968 roku, podobno na jej kształt miał ogromny wpływ kardynał Wojtyła, a zdaniem niektórych komentatorów, praca nad tą encykliką stanowiła kamień milowy na drodze Jana Pawła II do piotrowego tronu.)

Encyklika Humanae vitae — czytamy w najnowszym dziele Benedykta XVI — podkreśla znaczenie jednocześnie jednoczące i prokreacyjne płciowości, stawiając w ten sposób u podstaw społeczeństwa parę małżonków, mężczyznę i kobietę, którzy nawzajem się przyjmują w swojej odrębności i komplementarności; a więc parę otwartą na życie. Nie chodzi o moralność czysto indywidualną: Humanae vitae wskazuje na silne więzy istniejące między etyką życia i etyką społeczną, rozpoczynając tematykę magisterialną, która stopniowo przybrała postać w formie różnych dokumentów, ostatnio w Encyklice Evangelium vitae Jana Pawła II.

Krótko mówiąc, obecny papież zdecydowanie powtarza wszystko, co w tej sprawie mówił Paweł VI i Jan Paweł II. Jego encyklika nie przynosi żadnego przełomu.

Ciekawe co odpowiedział na te bzdury Barack Obama, który zdecydowanie do przeciwników środków antykoncepcyjnych nie należy? Być może rozmowa zeszła na teorię ewolucji i samolubny gen? Mógł amerykański prezydent próbować wyjaśniać papieżowi, że tak świetnie opisane przez Richarda Dawkinsa dążenia genów do replikacji, nie muszą być ekspresją głosu Boga. Cieszy, że Kościół zaakceptował w końcu darwinowską teorię ewolucji, ale nie należy przesadzać. „Idźcie i rozmnażajcie się" można potraktować jako zew ewolucji, ale czy słuszne jest podnoszenie tego do rangi bożego nakazu zawsze i wszędzie?

Podejrzewam, że panowie rozmawiali o podziale kompetencji miedzy Panem Bogiem i człowiekiem, i zapewne p.o. św. Piotra próbował wytargować jak najwięcej. (Wiadomo, że papieża okropnie niepokoi to jakieś tam in vitro, dzieci na zamówienie nie w drodze modlitwy, ale przy pomocy medycyny.)

Sądząc po uśmiechniętej twarzy prezydenta Obamy, zapewne nie podzielał w tej sprawie panicznego lęku swojego rozmówcy.

Od watykańskich komentatorów dowiedzieliśmy się, że panowie rozmawiali również o problemie głodu i rozwoju społeczeństw nadal słabo rozwiniętych. I znów pozostajemy w mroku niepewności na temat tego, kto i jakich słów tam użył. Zapewne papież powtórzył to, co już wcześniej napisał w swojej encyklice, a co jak można się domyśleć dotyczy tak jednostek jak i narodów:

I wreszcie wizja rozwoju jako powołania zakłada w nim centralny charakter miłości. Paweł VI w Encyklice Populorum progressio zauważał, że przyczyny zacofania w rozwoju nie są w pierwszym rzędzie o charakterze materialnym. Zachęcał do poszukiwania ich w innych wymiarach człowieka.

Obama był już pewnie myślami w Ghanie (też nie umiem się skupić przy czytaniu tej encykliki) i właściwej odpowiedzi papieżowi udzielił dopiero następnego dnia, przemawiając do polityków afrykańskich. Jego zdaniem rozwój zależy przede wszystkim od jakości rządów. Prezydent Obama nie zaraził się co prawda papieską terminologią, ale wyraźnie powiedział afrykańskim politykom, że caritas caritasem, ale bez uczciwości się nie obejdzie. Nadzieja jest w porzuceniu przez afrykańskie elity przywiązania do rządów kleptokracji.

Amerykański prezydent przywiózł do Afryki obietnicę dodatkowej pomocy finansowej w wysokości 20 miliardów dolarów. (Decyzja o tej pomocy została uzgodniona na wspomnianym na wstępie szczycie.)

Może ktoś powiedzieć, że w naszych czasach 20 miliardów to suma nie warto wspomnienia. (Ostatecznie większych sum otrzymywanych od Unii Europejskiej nie umiemy wydać.) Jednak strumień pomocowych pieniędzy dla Afryki płynie nieprzerwanie od dziesięcioleci i wszystkie analizy wskazują na to, że ta pomoc częściej szkodziła niż pomagała.

Są miejsca w Afryce, gdzie potrzebna jest natychmiastowa pomoc żywnościowa, ale konieczne jest działanie na rzecz żywnościowej samowystarczalności. Obama mówił o pomocy, ale o pomocy ukierunkowanej i powiązanej z warunkami. Nie krył, że pojechał do Ghany (a nie do Kenii czy Kamerunu), kraju demokratycznego, gdyż jego zdaniem rozwój wymaga demokracji, silnego parlamentu, uczciwej policji, niezależnych sądów i wolonej prasy. W odróżnieniu od papieża, który również kilka miesięcy temu był w Afryce, Obama nie mówił o grzechu używania prezerwatyw, tylko o przekleństwie despotycznych przywódców i skorumpowanych polityków. „Afryka — powiedział — nie potrzebuje silnych przywódców, potrzebuje silnych instytucji. (...) Nikt nie chce żyć w społeczeństwie, w którym prawo ustępuje przemocy i łapownictwu. To nie jest demokracja, to jest tyrania."

Ta wizyta, przyjęta entuzjastycznie przez zwykłych mieszkańców Afryki, również nie przyniosła przełomu. Czy jest zapowiedzią zmian na tym kontynencie i zmian w relacjach między Afryką a resztą świata? Dla wielu była jak powiew świeżego powietrza. Można być również pewnym, że jeśli idzie o walkę z głodem, to ze strony amerykańskiego prezydenta nie będą to tylko modlitwy.