Zachowanie właściwych proporcji najwyraźniej sprawia ludzkości sporo kłopotów, więc kiedy policja gdzieś poturbuje kilku demonstrantów, niemal z pewnością ktoś skomentuje, że policjanci byli gorsi niż Hitler.

Brytyjski tygodnik „The Economist" zwraca uwagę na coraz częściej pojawiające się zarzuty wobec ateistów, że „są takimi samymi fundamentalistami jak religijni fundamentaliści". Tego typu zarzuty spotykamy ciągle zarówno w prasie brytyjskiej czy amerykańskiej, jak i na naszym polskim podwórku.

Wyśmiewając takie porównania brytyjski tygodnik cytuje dobrze znanego polskim czytelnikom publicystę Timothy Garton Asha, który w niedawno wydanym eseju pisał: „...nie ma brygad al-Darwinia, które produkowałyby bomby w tajnych laboratoriach gdzieś na północy Oxfordu. No tak, możesz powiedzieć z westchnieniem, jednak wielu ateistów takich jak Christopher Hitchens czy Daniel Dennett to ludzie równie silnie przekonani, że nie ma boga, jak Osama Ben Laden jest przekonany, że nie ma innego boga niż Bóg i Mahomet jego prorok. Z jednej strony mamy wiarę, która skłania ludzi do kierowania samolotów na budynki, do wycinania części genitaliów dziewczynkom, do mordowania lekarzy, którzy przeprowadzają aborcję (i to mordowania w kościele), kamieniowania cudzołożnic, zakazu stosunków pozamałżeńskich, czy zakazu kupowania piwa w niedzielę w niektórych stanach USA. Po drugiej stronie jest ateistyczna "wiara", która popycha ludzi do pisania zarozumiałych artykułów, organizowania autobusowych reklam, czy składania frywolnych pozwów do sądu przeciw malowidłom prezentującym narodzenie Chrystusa na publicznych budynkach. Pokażcie mi jakie krzywdy wyrządzili światu znani ateistyczni intelektualiści?" Garton Ash nie zapomina o Stalinie, Hitlerze i Mao. Wzrusza ramionami. Oczywiście byli ateistami, ale czy zabijali dla ateizmu, czy dlatego, że kierowali się swoją komunistyczną, czy nazistowska ideologią? Hitler był fanatycznym rasistą, Stalin i Mao byli komunistami, zabijali w imię swoich fanatycznych filozofii.

Anthony C. Grayling zastanawiał się niedawno na łamach brytyjskiego „The Guardian" nad pytaniem: „Czy ateista może być fundamentalistą"  (Can an atheist be a fundamentalist?). Ironicznie pytał nawet czy możliwa jest sama koncepcja „nie-fundamentalistycznego ateisty", takiego, który tylko troszkę sądzi, że nie ma istot nadnaturalnych lub że bogowie istnieją tylko w niektórych momentach, powiedzmy w środy i w soboty. (Wyraża nawet przypuszczenie, że istnieją swego rodzaju ateiści akceptujący istnienie jakiegoś boga w niedziele.) Taki nie-fundamentalny ateista nie ma również nic przeciw temu, że inni trzymają się kompletnie fałszywych i prymitywnych wierzeń na temat wszechświata, wierzeń, które były przez wieki i są nadal powodem wzajemnych masowych mordów, gdyż inni mieli wierzenia, odrobinę inaczej fałszywe.

Gdyby ateizm w najmniejszym stopniu wywoływał fanatyzm, to Dania byłaby krajem radykalnych gwałtownych wstrząsów, a nie najbardziej bezpiecznym miejscem pod słońcem, gdzie spotykamy najbogatsze społeczeństwo i stosunkowo najszczęśliwszych ludzi - pisał niedawno Daniel Dennett.

A jednak nie jest to wszystko aż tak proste. Zaledwie kilka miesięcy temu spotkałem pewnego starszego pana (tylko troszkę młodszego ode mnie), który zaczął mnie przekonywać, że wszystkich księży należy wystrzelać. (Krótko mnie przekonywał, bo odwróciłem się do niego plecami i zostawiłem go razem z jego płomiennym wywodem.) Kilka razy w miesiącu przejeżdżam koło miejsca, w którym zbiry z komunistycznej bezpieki wyrzuciły do Wisły ciało Jerzego Popiełuszki, trudno mi nie pamiętać o rozstrzelanych księżach czy to podczas wojny domowej w Hiszpanii, czy w Związku Radzieckim. Ateizm był częścią propagandy komunistycznej i może być również w przyszłości użyty przez taką czy inną fanatyczną dyktaturę.

Anthony C. Grayling nie ma racji, doskonale możemy sobie wyobrazić fanatycznego ateistę nawołującego do przemocy i do mordów. Co więcej, bez trudu można prześledzić historię gwałtów przeciw instytucjom religijnym. Reformacja nie była ruchem antyreligijnym, zgoła przeciwnie, ale bez wątpienia była rewolucją antyklerykalną. Ateizm jako ruch polityczny odwołujący się do gwałtu zaczyna się od rewolucji francuskiej. W Europie prawosławie i katolicyzm przedłużyły żywot feudalizmu o kilka stuleci. Bunt ludu w katolickiej Francji kierował się w równym stopniu przeciw arystokracji i przeciw Kościołowi. Gwałtowność tego buntu była miarą bezwzględności i siły ucisku ze strony tak arystokracji, jak i Kościoła.

Wojny religijne czasów Reformacji nie były tańcem po różach, przez dziesięciolecia mordowano się ochoczo i bez pardonu. Historyk może powiedzieć, że religijne hasła były wówczas zaledwie przykrywką dla rewolucji społecznej, otwierającej drogę do większej równości, do nadania praw obywatelskich mieszczaństwu oraz chłopom, do przekształcenia systemu gospodarczego opartego na pracy przymusowej na system wolnego handlu.

Kraje, które obroniły się przed Reformacją zaczęły tracić znaczenie w świecie, a polityczna opozycja w tych krajach (ale również zwykły lud) coraz częściej dostrzegała, że instytucje religijne są ostoją i filarem zacofania. Bez trudu można zauważyć, że w krajach protestanckich od czasu Reformacji nie ma praktycznie rzecz biorąc masowych buntów przeciw instytucjom religijnym. Im głębiej dany kraj tkwił w feudalizmie, tym częściej obserwowaliśmy gwałtowne wstrząsy, podczas których dochodziło do mordowania kapłanów.

Kiedy Daniel Dennett pisze o łagodnej, demokratycznej i ateistycznej Danii, wydaje się zapominać o historii. Jak łatwo się domyśleć, współczesnemu ateiście irańskiemu trudno sobie dziś wyobrazić laicyzację bez krwawej rewolucji. (Podobnie jak Lenin nie umiał sobie wyobrazić zwycięstwa socjaldemokracji w Rosji bez odwołania się do mordów i przemocy, wyłącznie w walce o głosy wyborców.) Współczesny zachodni ateista nie wyobraża sobie nawet jakiejś krwawej ateistycznej rewolucji. Tu laicyzacja oznacza zanikanie chętnych do zawodu księdza, puste kościoły i publicystyczną walkę z szerzonym przez instytucje religijne zabobonem.

Również w Polsce raczej nie spotykamy ateistów wzywających do przemocy, ale czytając różnie fora internetowe bez trudu znajdziemy ludzi przynajmniej podatnych na tego rodzaju hasła. Typy w rodzaju ojca Rydzyka, czy Jerzego Roberta Nowaka bez trudu znajdują swoje całkowite przeciwieństwo po drugiej stronie barykady.

Czytelnicy wspaniałych książek Ryszarda Kapuścińskiego muszą zauważać upływ czasu. W Iranie reżim szacha został zastąpiony przez znacznie gorszy reżim muzułmańskich kapłanów, w Etiopii po okrutnym cesarzu przyszła jeszcze gorsza soldateska. Ciągle ktoś przypomina słynną książkę Kucharzewskiego „Od białego do czerwonego caratu" i jego zdanie o upodabnianiu się opozycji w dyktaturach do swoich okrutnych prześladowców. W Ameryce Łacińskiej komunistyczna partyzantka nie jeden raz mordowała księży, ale też tamtejszy Kościół ochoczo wspierał tortury i mordy swoich przeciwników politycznych. Ofiary religijnego fanatyzmu często są zaślepione pragnieniem zemsty.

Powiedzmy sobie wyraźnie — definicja fanatyzmu jest przede wszystkim związana z stosowaniem przemocy lub wzywaniem do stosowania przemocy. Nie rozszerzajmy jej na ludzi głęboko przekonanych o słuszności takiej czy innej sprawy, gdyż łatwo wówczas o załamanie się wszelkich proporcji. W momencie, gdy ktoś wzywa do fizycznych ataków na wierzących, moje miejsce jest po stronie wierzących. Jak długo ograniczamy się do walki na argumenty, proszę, nie zarzucajcie nam fanatyzmu.

Józef Piłsudski, który próbował ucywilizować polską scenę polityczną, musiał się oprzeć na ludziach, których wyobraźnia wystarczyła tylko na zorganizowanie Berezy Kartuskiej. Spierając się o racje musimy pamiętać, że również i dziś nasze argumenty mogą być przechwycone i użyte przez ludzi gotowych do stosowania przemocy. Na szczęście w dzisiejszej Polsce bardzo trudno sobie to wyobrazić. Jesteśmy świadkami laicyzacji wynikającej z wzrostu poziomu oświaty i wzrostu dobrobytu. Te procesy powodują spadek powołań kapłańskich, wzrost religijnej obojętności, pustoszenie kościołów. Te same procesy powodują nasilenie się reakcji katolickiej, radykalizację języka po stronie ludzi Kościoła i w efekcie, nie oszukujmy się, radykalizację po stronie niewierzących.

O ile kierowane pod naszym adresem zarzuty fanatyzmu są śmieszne, to warto pamiętać, że wszelka radykalizacja jest groźna i że języka nienawiści musimy się wystrzegać jak ognia.