Czort wie dlaczego zostałem pogodnym ateuszem, a nie kostycznym mistykiem, piętnującym grzechy bliźnich. Mogłem równie dobrze zostać jowialnym, lubiącym swoich parafian proboszczem, albo ateistą fanatycznym, który z ogniem w oczach pali kościoły i morduje ludzi w imię przyszłego szczęścia całej ludzkości. Splot niezliczonych przypadków spowodował, że urodziłem się w określonym dniu i roku, w tym, a nie innym kraju, z taką, a nie inną historią, tą religią, w tej, a nie innej rodzinie, że spotykałem tych, a nie innych ludzi. Z przyczyn ode mnie niezależnych mam określony zestaw genów, które zadecydowały o moim wyglądzie i o moich predyspozycjach.

Niektórzy mówią tu o bożym planie, doszukują się wyższej, wszystkowiedzącej i wszystko planującej, niemal socjalistycznej inteligencji, inni o biologicznym determinizmie. Ja powiadam, że jesteśmy tworami nieskończonego łańcucha przypadków, a że charakter mam łagodny, więc tłumaczę mojemu aniołowi stróżowi, żeby z tego powodu nie dramatyzował.

W anioła stróża wyposażyła mnie babka, która kazała mi się do niego modlić każdego wieczora i prosić, żeby ode mnie nie odchodził. Dość wcześnie zacząłem się domyślać, że te modły są konieczne, bo musi mu się nudzić i musi mieć ochotę na jakiś wyskok do kolegów, na lampkę wina, czy mały romans. Żal mi go było, że musi tak za mną łazić całymi dniami, słuchać tych głupstw, które opowiadali nauczyciele, i stać przy łóżku w nocy, pilnując, żebym trzymał ręce na kołdrze. Wyobrażałem sobie, że na lekcjach nasze anioły stróże zbierały się w kącie i grały w karty, a nocą , mój anioł stróż musiał przysypiać, albo nawet znikać z mojego pokoju, bo każdego ranka budziłem się z rękoma pod kołdrą.

Zapytasz czytelniku jak zostałem ateuszem? Nie od razu zostałem ateuszem, pomalutku przepoczwarzałem się w ateusza i jestem teraz ateuszem katolickim, bo nie mogę być ateuszem buddyjskim, ani ateuszem muzułmańskim, ani żydowskim, czy jakimś innym. Religia jest zawsze plemienna i nasz żydowski bóg, tu nad Wisłą ma słowiańską duszę i czuwa nad naszym polnische Wirtschaft.

Pomalutku zostawałem katolickim ateuszemi próbuję teraz dociec ile w tym było przypadku, a ile wolnej woli, ile własnej refleksji, a ile fascynacji nauczycielami i królikami faktów, które wyciągali z kapelusza.

Moje rozstanie z Panem bogiem nie było gniewne, zgoła przeciwnie, więcej tu było rozbawienia i śmiechu niż gniewu. Dzięki bogu spotkałem na swojej drodze królewskich błaznów, którzy w czapeczkach z dzwoneczkami siedzieli na pniu i patrzyli na ten świat z miną Jezusa frasobliwego i błyskiem przyjaznej kpiny w oczach.

Więc na początku było słowo, ale kiedyś musiałem usłyszeć, że nic na słowo honoru, więc zacząłem przymierzać klocki faktów do pierwotnego zawierzenia na słowo. Oczywiście moja droga do bioangelologii, genetycznie zmodyfikowanych aniołów i nanoegzorcyzmów nie była usiana różami. Czasem anioł stróż mnie prowadził, czasem ja prowadziłem anioła stróża. Lubiliśmy chodzić po bezdrożach, wdrapywać się na drzewa i czytać zakazane książki.

O ile z aniołem stróżem dawało się jakoś dogadać, to duch święty wydawał się postacią nieco komiczną. Po wykradzionej z szafy lekturze „Anatomii człowieka" zaintrygowały mnie niektóre praktyczne aspekty poczęcia z ducha świętego. Ledę z łabędziem widziałem już na rycinach, ducha świętego też malowali w charakterze ptaka, ale coś w tym wszystkim wzbudzało mój niepokój. Anioł stróż nie był mi w stanie wyjaśnić pewnych szczegółów technicznych, które zaczynały mnie coraz bardziej intrygować.

Moje wrodzone lenistwo umysłowe nie pozwalało mi uwierzyć w cuda i powodowany sceptycyzmem powiedziałem kiedyś do kolegi, że jeśli boga nie ma, to my się chyba strasznie wygłupiamy. Powiedziałem to szeptem w kościele, a kolega był starszy, silniejszy fizycznie i silniejszy w wierze. Po wyjściu z kościoła dał mi w nos, co skłoniło mnie do powstrzymania dalszych dyskusji teologicznych, żeby nie urażać niczyich uczuć religijnych.

Rozstaliśmy się z Panem bogiem bez gniewu. On poszedł w jedną stronę, ja w drugą, ale nie było w nas żadnej zapiekłości. Łaskę niewiary przynosiła wiosna, zachwyt nad dziełem stworzenia oraz wdzięczność, że mnie nie kuszą mistyczne odpowiedzi na trudne pytania, i chociaż o genetyce miałem usłyszeć znacznie później, ufałem, że istnieją tu jakieś wyjaśnienia nieco bardziej rozsądne, niż opowieści o cudownym rozmnożeniu gwiazd.

Niebo gwiaździste było nade mną i naturalną rzeczy koleją skłaniało do pytań o źródła prawa moralnego. Prawa stanowił towarzysz Stalin i gromada jego fanatycznych ateuszy, więc to prawo moralne, które było we mnie, wydawało się ciekawsze, ale skąd ono się tam wzięło, bo coś mi mówiło, że cała sprawa jest bardziej skomplikowana, niż przedstawiał to ksiądz wikary. Na tym etapie tajemnica pochodzenia dobra i zła wydawała się mimo wszystko mniej ciekawa niż tajemnica nieba gwiaździstego nade mną. Propozycja, że jesteśmy zaledwie kropką na nieboskłonie, skłaniała do pytania o mieszkańców innych kropek i przez moment kusiła ideą jakiegoś pankosmicznego chrystianizmu. Tymczasem wikary nie zauważył co się dzieje w naszych głowach i pozostał na etapie boga lepiącego plastusia i jego dziewczynę, którzy żyli w raju na kocią łapę, bo o ślubie nikt nie wspominał.

Byłem jeszcze ateuszem pierwotnym, zdumionym faktem, że myślę i uradowanym tym, że myślę inaczej, co mogło być dowodem na to, że myślę samodzielnie. Cieszyły łatwe zwycięstwa odmiennego myślenia niż nauczyciele i wikary; domyślałem się jednak, a może mi ktoś powiedział, że ta samodzielność też ma swoje ograniczenia.

Jako ateusz pierwotny byłem nieco rozdarty, bo przekonywały mnie argumenty strony, której nie darzyłem sympatią. Gdyby nie pomosty, byłbym w kłopocie, ale dzięki bogu, kilku królewskich błaznów siedziało na pniach w czapeczkach z dzwoneczkami, z miną Jezusa frasobliwego i dobrotliwą kpiną w oczach. Rzucali złośliwości na prawo i na lewo, co pozwalało się domyślać, że nikomu nie zaprzedali duszy, albo nie mieli jej wcale i próbowali się wykpić przed wszelkimi próbami zawłaszczenia.

Rozstanie z plemiennym bogiem wystawiało na szwank moją plemienną przynależność, bo jak nie katolik, to i nie Polak, a więc kto? Z jakiegoś powodu nie pociągał mnie agnostycyzm, ateistyczny oportunizm, gotowość przyznania, że chciałbym się rozstać, ale się boję. Trzeba również powiedzieć, że Polak-agnostyk to nie brzmi dumnie, więc odrzuciłem idee lewicy laickiej zanim zdążyła wyartykułować swoje lękliwe wyznanie niewiary. Wiedziałem już, że dowodów na istnienie nie ma i nie interesowały mnie dowody na nieistnienie. Uznałem za słuszne argumenty, że to pojęcie Pana niczego nie wyjaśnia, niczego nie pozwala zrozumieć, że odpowiedzi na moje pytania muszę szukać gdzie indziej.

Prawda, nie mogłem lekceważyć tysięcy lat religijnej tradycji, jej obecności w literaturze i sztuce, nie mogłem lekceważyć religijności sąsiadów i krewnych. Mój piętnastoletni ateizm wymagał odpowiedzi na pytanie dlaczego nie chodzę już do kościoła.

Chciałem być ateistą przez zaniechanie, bez demonstracji, ateistą prywatnym, któremu nie przeszkadza wiara innych, ale który chce bez przeszkód korzystać ze swojej łaski niewiary.

Zauważyłem jakieś plamki na skrzydłach mojego anioła stróża. Były barwne i symetryczne. Najwyraźniej były oznaką dojrzewania płciowego, co potwierdzało jego coraz mniejsze zainteresowanie moją osobą. Ja również całkowicie utraciłem zainteresowanie moim aniołem stróżem i do dziś żałuję, że nie pobrałem przynajmniej próbek z upierzenia, które mógłbym poddać kilku testom.

Moja świeżo zdobyta łaska niewiary rozpraszała mnie. Zamiast dziękować bogu, że stał się kategorią zbędną i skupić na tym, co bez mitów jest ciekawsze niż z mitami, nie umiałem przestać się cieszyć z odzyskanej wolności. Wczorajsza wiara stawała się z każdym dniem bardziej groteskowa. Tropiłem niezliczone gwoździe z świętego krzyża, ciernie z korony, łzy gipsowych panienek w kryształowych fiolkach. Byłem już człowiekiem szczerze i głęboko niewierzącym, ale nadal odczuwałem osobliwą radość na myśl o nonsensie spowitym w całun turyński i o radościach cudownego przemienienia wierzącego w myślącego.

Dziwił mnie teraz umysłowy celibat ludzi, którzy poprzysięgli sobie nigdy nie dotknąć rzeczywistości. Gdybymż jeszcze porzucił to zdziwienie i zajął się oglądaniem owej rzeczywistości, ale poszedłem za głosem mody intelektualnej i udałem się na studia socjologiczne, gdzie trafiłem między wielkie umysły przekonane, iż myślą więcej niż myślą i znające tysiąc dowodów na wyższość spekulacji nad empirią.

Na ateusza pierwotnego czyhają pułapki szamańskiego mistycyzmu namaszczanego maścią na porost włosów, czyha tu również skłonność do nagłych zachwytów bioterapią i wszelką paraliżującą mózg paranormalnością. Niebo gwiaździste nade mną wyludniało się stopniowo i obaj z kotem (w którego przepoczwarzył się mój anioł stróż) wpadaliśmy nieraz w zadumę nad pytaniem, czy naprawdę rozumiemy co do znaczy milion lat świetlnych i perspektywa samotności w plus minus nieskończoności. Mój kot miał tu podejście stoickie, mój umysł wyczyniał łamańce charakterystyczne dla akrobatów, cierpiących na lęk wysokości. Co i rusz miałem wrażenie, że wyniosło mnie na zbyt wysoki poziom abstrakcji i oderwany od przyziemnej rzeczywistości zaczynam podlegać odmiennym prawom.

Ziemia jest okrągła, ale miejscami płaska, a jej okrągłość niewiarygodna, jeśli nie mamy szansy na uzyskanie odpowiedniej perspektywy.

Kopernik mówi, że Ziemia
Wokół Słońca chodzi,
Musiał pijany być,
Albo siedział w łodzi.

Teraz ten wierszyk polskiego szlachcica z XVI wieku smakował bardziej, dawał miłe poczucie rozstania z długą tradycją i pozwalał spoglądać z wyższością na wędrujących za oknem pielgrzymów.

Kiedy wkrada się poczucie wyższości i niebezpieczna pewność siebie lepiej uciekać. Uciekałem po bezdrożach obcości, bo swojskość straszyła pokracznością. Byłem teraz ateuszem wyzwolonym, wyrwanym z kontekstu, ateuszem wolnym. W tym stanie zaskoczyła mnie wiadomość o białym dymie i czerwono zrobiło mi się przed oczami. Polak walczył we mnie o lepsze z ateuszem, gdy czytałem, że duch święty pomógł rodakowi. Od dawna nie wygrywaliśmy w żadnej konkurencji, a w tych najważniejszych przegrywaliśmy zawsze, więc trudno się dziwić, że to zwycięstwo rodaka na konklawe było wielkim zastrzykiem adrenaliny w naszego ducha zbiorowego.

Polska jest afrodyzjakiem, podnosi poziom testosteronu, który bez możliwości spełnienia wywołuje jedynie agresję. Ten polski papież był jakimś spełnieniem, albo namiastką spełnienia. Wszyscy mieli wrażenie, że coś się udało. Nareszcie byliśmy narodem wybranym, ale w wyborach pośrednich i tylko w jednoosobowej reprezentacji. Ta jednomandatowa gratyfikacja ze strony opatrzności wynosiła ducha zbiorowego na przepastne wyżyny.

Unosiłem się zbiorowo, ale z pewnego oddalenia, a więc zbiorowo a zarazem samotnie. Przyjaciele pisali ze współczuciem, że nie uczestniczę w tych zbiorowych uniesieniach ducha zbiorowego i wtedy coś mi zaczęło mówić, że oddalenie może przydawać perspektywę niepojętą zgoła dla uczestników uniesionego uniesieniem tłumu.

Nasza świętość była uniwersalna w treści i narodowa w formie, a czasami odwrotnie. Z pewnym zdziwieniem słuchałem Irlandczyka, kiedy się cieszył, że to nie jego papież, bo on woli cuda gospodarcze. Próbowałem wyjaśnić Patrykowi, że odkąd Jan Kazimierz zastawił ojczyznę w lombardzie Matki Boskiej coś nam nie idzie. Anglik by nie zrozumiał, ale Patryk kiwnął głową i westchnął, najwyraźniej dobrze wiedząc, co mam na myśli. Dopiero w rozmowie z Patrykiem zawęźlił mi się ten polsko-watykański problem. Bo nagle zrozumiałem jak wielko-polski ten nasz małopolski papież, bardziej polski niż papież, bo gdyby nie polski, to co to byłby za papież i kto by się nim interesował? Z pewnością nie Polacy, bo Polacy mieli swoje własne problemy i nie w głowie by im było interesować się jakimś obcym papieżem.

Nie ma lekko Polak-ateusz, bo jakby mniej ubogacony uniesieniem nie doświadcza, a nawet przeciwnie, jak gdyby jest doświadczony odmiennie, ostrością widzenia tego co jest, i dolegliwością niewidzenia tego, czego nie ma. A powróciwszy do swojskości licheńsko-przaśnej, do transcendencji lokalno-globalnej, do transgresji niepojętego w niewyuczone, słucham śpiewu słowików i pełną piersią korzystam z mojej łaski niewiary w księżycowe noce, ufając w siłę empirii i trzeźwego chodzenia po ziemi.