Czytając niedawno wywiad z księdzem Michałem Hellerem zwróciłem uwagę na wytłuszczony fragment: „Bóg jest matematyką." Rzuciłem się w poszukiwaniu bliższych wyjaśnień i zawiodłem się okrutnie, bo albo dziennikarz nie był dociekliwy, albo uczony świadomie pozostawił nas w niepewności, co takie sformułowanie w ustach duchownego może oznaczać.

Ludzie wierzący chcą wierzyć, że wszystko dzieje się według „bożego planu". Z logicznego punktu widzenia oznaczałoby to zapewne całkowitą determinację i sprzeczność z koncepcją wolnej woli. Jeśli bowiem coś dzieje się według bożego planu, to czy ja, mały żuczek, mogę na zmianę tego planu wpłynąć?

Cała „dyskusja" wokół środków antykoncepcyjnych pełna jest opowieści o tym, że jest jakiś „plan boży" i że człowiek nie może go dowolnie zmieniać. Brzmi to dość absurdalnie, bo metodami „naturalnymi" planować rodzinę wolno, zaś przy pomocy chemii, prezerwatyw i innych urządzeń absolutnie nie.

O co jednak chodzi z tym „bożym planem"? Skąd ta potrzeba celowości, dlaczego wolimy być kukiełkami w rękach jakiejś nieokreślonej „wyższej inteligencji", aniżeli autonomicznymi bytami? Co właściwie jest alternatywą „bożego planu"? Odpowiedź jest prosta i dla wielu ludzi przerażająca: jedynym „bogiem" w naturze jest Przypadek. Życie powstało przypadkiem, całą ewolucją sterował i steruje przypadek. Bóg jest matematyką.

Jestem wynikiem ciągu nieprawdopodobnych, przypadkowych zdarzeń. Moje poczęcie było możliwe, ponieważ kopulacja moich rodziców, która doprowadziła do mojego poczęcia, miała miejsce w tym, a nie innym dniu. Wystarczyłoby, aby dowolny inny plemnik wygrał konkurencję, a „ja", byłbym nadal dzieckiem moich rodziców, ale miałbym nieco inny zestaw genów, inny wygląd, inną osobowość, inną podatność na niektóre choroby, choć podobną na inne.

Oczywiście nieprawdopodobny przypadek połączył moich rodziców, przypadki łączyły wszystkich moich przodków. Gdyby ktoś chciał trzy miliardy lat temu wyliczyć prawdopodobieństwo mojego zaistnienia, musiałby mieć naprawdę fenomenalny komputer.

Pojawiłem się, istnieję w wyniku przypadkowych zdarzeń, po śmierci będę istniał tylko w pamięci innych ludzi (mogą mnie pamiętać również inne zwierzęta). Czy to mnie przeraża lub zgoła obraża? Niby dlaczego? Jesteśmy dziełem ogromnie długiej serii przypadków, nasze życie jest ciągiem przypadków i tylko od nas zależy jak w obliczu tych przypadków będziemy się zachowywać, jak zdołamy te przypadki wykorzystać. Bóg jest matematyką, ale my jesteśmy bardzo dziwnymi jednostkami — na bodźce zewnętrzne reagujemy nie tylko mechanicznie i chemicznie, nie tylko instynktownymi odruchami, ale również świadomie, w oparciu o wcześniejsze doświadczenie i analizę oraz w zależności od naszych pragnień. Można zatem powiedzieć, że to życie jest matematyką, a my jesteśmy bogami, jeśli postawimy znak równości między boskością i intencjonalnością.

Nawet jeśli moi rodzice pragnęli dziecka, nie było i nie mogło być żadnego planu, żebym ja, jako ja pojawił się na tym świecie. Dodajmy, że na moje ja wpłynął nie tylko nieprawdopodobnie długi ciąg przypadków, ale, już po urodzeniu, wielostronne wysiłki wychowawcze, zmierzające do ukształtowania mnie w taki, a nie inny sposób. Na moje szczęście te wysiłki były niespójne i spotkałem na mojej drodze wychowawców zachęcających mnie do samodzielnego myślenia. Przypadek sprawił, że (jak mi się zdaje) okazałem się bardziej podatny na ich wpływy niż na wpływy tych, którzy zachęcali mnie do różnych fanatyzmów).

Dlaczego tak bardzo „potrzebujemy" jakiegoś boga, który nada naszemu istnieniu sens, czyli przekona nas, że jesteśmy na świecie, bo on tak zaplanował, i zachowujemy się tak, a nie inaczej, bo „tak jest gdzieś zapisane"? Ponieważ ciężar odpowiedzialności (lub jak kto woli, wolności) byłby nazbyt duży? Ponieważ moralność musi mieć jakieś zewnętrzne sankcje, bo sami nie zdołamy uzgodnić, co jest dobre, a co złe?

Wielu ludzi wątpiących w istnienie „wyższej inteligencji" wyraża opinie, że religie są potrzebne, bo bez nich panowałby moralny chaos. Czy to znaczy, że cieszymy się moralnym porządkiem?

Powróćmy na chwilę do Boga, który jest matematyką. Firmy ubezpieczeniowe z reguły unikają wypłacania odszkodowań spowodowanych przez wielkie katastrofy naturalne, które czasem są również definiowane jako zdarzenia spowodowane przez „siłę wyższą". Mimo imponującego rozwoju nauk ścisłych, czasem matematyka katastrof naturalnych jest jednak tak skomplikowana, że ich przewidywanie jest albo nazbyt trudne, albo nazbyt kosztowne.

Ostatnie azjatyckie tsunami spadło na mieszkańców kilku krajów jak grom z jasnego nieba. Czy religia przygotowuje nas do spotkania z takimi zdarzeniami, czy uczy nas jak na nie reagować?

Kilka dni temu w szwedzkiej gazecie czytałem doniesienie z Indii. W okręgu Nagapattinam, w południowych Indiach, 26 grudnia zginęło ponad sześć tysięcy osób. Tysiące ludzi znalazło się bez dachów nad głową i pospiesznie organizowano dla nich prowizoryczne schronienia oraz organizowano dostawy wody pitnej i żywności.

Większość Hindusów respektuje system kastowy, głęboko wierząc, iż Bóg wyznacza nam miejsce w społeczeństwie i jesteśmy, kim jesteśmy, gdyż taki był boży plan. Jeśli taki był boży plan, wolno nam, a nawet należy pogardzać tymi, którzy są niżej. Widać tak właśnie interpretowane są religijne przepisy, gdyż, jak czytamy w tym doniesieniu, mieszkańcy obozu dla ocalałych z katastrofy wygnali z niego członków najniższej kasty (nietykalnych). Nie był to przypadek odosobniony.

Bóg jest matematyką, religia jest źródłem dobra (może nie zawsze). Przypadek sprawił, że urodziłem się w części świata zdominowanej przez tę lub inną religię. Przypadek zrządził, jacy wychowawcy próbowali mnie ukształtować, ale to ja interpretuję rachunki i ja decyduję o tym, czy wezmę udział w festiwalu podłości, czy nie.

Podałem tu przykład bliski w czasie i odległy geograficznie. Ktokolwiek lubi matematykę może sobie podstawić inne zmienne.