Postulaty Laickie wywołały spore zainteresowanie naszych czytelników, wręcz ogromne jak na dokument programowy, który z natury rzeczy jest tekstem ciężkim i jeśli nie dotyczy spraw, które są naszą pasją, cokolwiek nudnawym.

Teksty programowe nie cieszą się szczególną popularnością polskiej publiczności i niejeden raz opowiadałem zabawną wręcz przygodę z 1997 roku, kiedy to poprosiłem zatrudnionych w warszawskim biurze Polskiej Sekcji BBC kolegów o prezentację programów wyborczych poszczególnych partii politycznych. Moi koledzy wyśmiali mnie z wyżyn swoich krajowych doświadczeń, oświadczając z całą stanowczością, że w Polsce nikt programów nie traktuje poważnie i nikt ich nie czyta. W londyńskim kierownictwie Sekcji nikt mnie nie poparł, więc stanęło na tym, że informowaliśmy o tych wyborach z Londynu zgodnie z narodową tradycją opowiadania o domysłach, skandalach i ploteczkach.

Postulaty Laickie są tekstem programowym i jest rzeczą interesującą jak wielu ludzi będzie się chciało z nimi zapoznać, na ile staną się przedmiotem dyskusji prywatnych i publicznych, czy zwrócą na nie uwagę politycy, a wreszcie (co wcale nie jest tu najmniej ważne) na ile przyczynią się one do wzmocnienia Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, dla którego dążenie do światopoglądowej neutralności państwa jest jednym z głównych celów długofalowych.

Neutralność światopoglądowa państwa jest stosunkowo świeżym wynalazkiem, związanym z Oświeceniem, z koncepcją państwa opartego na umowie społecznej i władzy czerpiącej swą legitymację nie z jakiegoś boskiego autorytetu, nie z nagiej siły, lecz z wyboru i konsensusu pozwalającego na godzenie różnych, często sprzecznych interesów grup społecznych.

W powieści Stendhala kolor czerwony reprezentuje tron, a dokładniej armię, wspierającą władzę siłę militarną, a bardziej dosłownie — mundur otwierający drogę do przywilejów podobnie jak sutanna. Współczesnym (w szczególności z krajów takich jak Polska) kolor czerwony kojarzy się głównie z komunizmem. Mundur i sutanna (czy po prostu insygnia kapłaństwa) stanowiły drogę do przywilejów za wspieranie władzy od samego początku istnienia państwa.

Idea państwa opartego na umowie społecznej okazała się trudna, a może nawet na poły utopijna. Z chwilą jednak, gdy demokracja została zaakceptowana (jeszcze w czasach Stendhala Kościół otwarcie zwalczał demokrację), zawłaszczanie państwa przez różne grupy interesu odbywa się z reguły przy zachowaniu pewnych pozorów demokracji.

Czasem są to czary odprawiane nad słowami, kiedy to mniejszość ogłasza się większością (bolszewicy), częściej są to różne potiomkinowskie fasady w postaci stalinowskiej konstytucji, powszechnych wyborów ze znanym z góry wynikiem, terroru połączonego z wszechobecną i pięknie brzmiącą propagandą.

Przechwytywanie państwa przez komunistyczną partię odbywało się pod hasłem „władzy proletariatu”. Nacjonalizacja, pozbawiając ludzi własności, skutecznie przekształcała wszystkich w proletariat, czyniąc ludzi całkowicie zależnymi od państwa, które było teraz „własnością ludu” czyli partii. W ten sposób „socjalistyczna demokracja” stawała się przeciwieństwem demokracji, zaś idea państwa opartego na umowie społecznej przybierała otwarcie formę dyktatury proletariatu, będącą dyktaturą awangardy proletariatu, czyli stosunkowo niewielkiej elity. Ta dyktatura czerpała swoją legitymację władzy z nagiej przemocy okraszanej rozdawnictwem przywilejów i pustą frazeologią.

Upadek komunizmu poprzedzało marzenie o państwie prawdziwie demokratycznym, o państwie opartym na umowie społecznej, o państwie, w którym głos obywatela się liczy, a władza jest faktyczną reprezentacją ludu.

Pragnienie zwycięstwa jest często tak silne, że skutecznie blokuje namysł nad tym, co może się stać z chwilą gdy zabraknie wroga. W tej walce szukano sojuszników wszędzie, w tym również w instytucji mającej długą tradycję przechwytywania państwa. Kościół na całe wieki przed komunistami przedstawiał się jako jedyny reprezentant narodu, jako instytucja mająca boską legitymację namaszczania władzy, a i nierzadko sięgającą po całą władzę. Prześladowania instytucji religijnych przez komunistów nie oznaczały, że Kościół był niewinną ofiarą i że nie miał na sumieniu niezliczonej ilości czarnych kart, ale wyraźnie pokazywały, że oprawca był większym oprychem niż ofiara.

Z chwilą gdy system komunistyczny zaczął się chwiać, astronomiczna nieuczciwość czerwonych skłaniała do niczym nieuzasadnionego przekonania, że gwarancją uczciwości państwa mogą być tylko czarni.

Efekty nie kazały na siebie długo czekać – nie tylko zabrakło konstytucyjnych zabezpieczeń, ale rozbita na dziesiątki partyjek dawna antykomunistyczna opozycja konkurowała ze sobą głównie na polu ustępstw wobec Kościoła jako całości oraz umizgów do jego różnych frakcji. Politycy wszystkich maści uznali, że naga rzeczowość, programy odwołujące się do konkretnych problemów społecznych, to nie są rzeczy, które mogą kogokolwiek zainteresować, i że w tej sytuacji zamiast programów trzeba przedstawiać bogoojczyźniane hasła z odwołaniem do Papieża, Matki Boskiej i wszystkich świętych.

Ludzie Kościoła nawet gdyby byli święci, to stanęli przed szatańską pokusą niekończących się ofert ze strony kandydatów do politycznego żłobu. W samym Kościele pojawiło się kilka sporadycznych głosów ostrzeżenia, ale koleiny zostały już wyżłobione i wszystkie drogi polityków wszelkiej maści prowadziły nieodmiennie do Rzymu.

Nie było już cenzury, ale prasa konsekwentnie wyciszała dyskusję o modelu państwa i o zagrożeniach jakie płyną z instrumentalnego wykorzystywania Kościoła w polityce. Jeśli przez blisko 20 lat Kościół otrzymywał od polityków znacznie więcej niż się domagał, to wniosek jest tylko jeden – po czerwonym politycznym oportunizmie przyszedł czarny polityczny oportunizm.

Może ktoś w tym miejscu powiedzieć, że polska scena polityczna jest tylko odbiciem autentycznych postaw i poglądów całego społeczeństwa. Wiele wskazuje jednak na to, że społeczeństwo jest znacznie mniej klerykalne niż klasa polityczna, walcząca na noże o wyborców i głęboko przekonana, że tych może im zapewnić tylko poparcie z ambony.

W pewnym sensie jesteśmy szczęściarzami. W Afganistanie, gdzie po 1979 roku dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa zjednoczyło się przeciw sowieckiemu najeźdźcy, zwycięstwo oznaczało początek krwawej i trwającej do dziś wojny domowej, zbrojnych walk wszystkich przeciw wszystkim. Polska wojna domowa toczy się tylko o wyborców, tylko kosztem wyprzedaży marzenia o demokracji.

Kiedy mówimy o neutralności światopoglądowej państwa, o rozdziale Kościoła i państwa, jest to powrót do idei państwa opartego na umowie społecznej, w którym równość wobec prawa nie jest tylko pustym sloganem i w którym kariery polityczne nie są uzależnione od lojalności czy to wobec czerwonych, czy to wobec czarnych. Ostatnie dwa dziesięciolecia radykalnie zmieniły nasz kraj. Polska jest krajem bogatszym i piękniejszym, czy oznacza to, że staliśmy się również społeczeństwem, które wreszcie dojrzało do demokracji?

Jesteśmy społeczeństwem o bardzo ubogich tradycjach demokratycznych. Kiedy po raz kolejny w naszej historii odżyło marzenie o demokratycznym państwie, zbiegiem okoliczności polski kardynał został papieżem. Jego autorytet bez wątpienia jednoczył i dodawał sił; wzmacniał pozory jedności i solidarności. Upadek komunizmu natychmiast pokazał jak bardzo okazjonalna była owa jedność i solidarność.

Lech Wałęsa jako prezydent często borykał się z trudnym słowem „pluralizm”. Pojęcie to okazało się jeszcze trudniejsze dla wielu jego doradców, którzy nie mieli kłopotów z jego wymawianiem. Politycy coraz częściej próbowali wepchnąć ów pluralizm do parafialnej salki. Patrzyliśmy jak na wsiach i w miasteczkach proboszcz szybko wskakiwał w buty sekretarza partii, patrzyliśmy jak rządzący biegali po instrukcje do Papieża, do episkopatu, do lokalnych biskupów. Patrzyliśmy jak sen o demokracji blakł równie szybko jak flaczał nadęty balon „Solidarności”.

Postulaty Laickie to nie jest walka z religią. Tę uprawiamy na innych polach, kiedy mówimy o naszym światopoglądzie, kiedy otwarcie przedstawiamy się jako ateiści, stwierdzając, że życie nie jest boskim darem, a wynikiem ewolucji, że widzimy konflikt między nauką i religią, że również moralność nie musi się opierać na lęku przed piekłem, że ład społeczny jest lepiej strzeżony przez prawo aniżeli przez strażników moralności przemawiających rzekomo w imieniu Pana Boga. Nasz szacunek dla wierzących nie oznacza automatycznie szacunku dla ich poglądów. Uważamy, że poglądy mogą być zawsze przedmiotem dyskusji i że wierność tradycji często jest wiernością ignorancji.

Państwo neutralne światopoglądowo nie oznacza prześladowania religii, nie oznacza ponownej próby budowania ateistycznego państwa. Budowanie takiego państwa było równie wstrętne jak państwo wyznaniowe. Oznacza odrzucenie związków między tronem i ołtarzem, odrzucenie narzucania światopoglądowego dyktatu. Odrzuca wykorzystywanie instytucji państwowych dla szerzenia jedynie słusznego poglądu.

Trauma po komunizmie skłaniała wielu do przekonania, że jego jedyną alternatywą jest skrajny prawicowy konserwatyzm. Jeśli nie czerwone to czarne. Światopoglądowa neutralność państwa wyzwala nas od tak marnej alternatywy. Postulaty Laickie uświadamiają, że państwo nie musi być nieustannie zawłaszczane, że może być wspólnym dobrem, forum, na którym możemy się spierać przestrzegając reguł gry i nie tracąc dla siebie szacunku. Państwo nie musi przypominać boiska, na którym przekupni sędziowie ustawiają wyniki meczów i gdzie na trybunach kibole okładają się wyrwanymi z płotu sztachetami.

Nudne dokumenty programowe są przeciwieństwem barwnych i porywających do walki haseł. Umowa społeczna wymaga w pierwszym rzędzie ustalenia respektowanych przez wszystkich reguł gry. Przy budowie demokratycznego państwa niepotrzebny jest ani Marks, ani Jezus. Próbowano budować demokratyczne państwo z Matka Boską w klapie, ale rychło okazało się, że podjęliśmy trud zastąpienia czerwonego czarnym.

Opublikowane na tych łamach Postulaty Laickie spotkały się z bardzo licznymi reakcjami pozytywnymi (i równie licznymi negatywnymi). Wśród tych pozytywnych reakcji wiele było ze strony ludzi wierzących, podobnie jak my przekonanych, że mój światopogląd nie musi być państwową doktryną, że państwo jest instytucją wymuszającą ład społeczny, który powinien być wolny od doktrynalnych nacisków i tworzącą forum poszukiwania niezbędnego konsensusu, abyśmy mogli w miarę sprawnie rozwiązywać nasze wspólne problemy i nasze konflikty.

Obawiam się, że do tego musimy nauczyć się sztuki tworzenia programów, analizowania programów, poważnego traktowania programów. Krótkie slogany i hasła na sztandarach pozwalają na wzywanie do permanentnych rewolucji, ale permanentne rewolucje zmieniają życie w koszmar i to nawet względnie dostatnie życie.

Postulaty Laickie ani rewolucji nie spowodują, ani do rewolucji nie wzywają, są raczej próbą mobilizacji przynajmniej części społeczeństwa do systematycznego informowania klasy politycznej, że jej zmiana żetonów czerwonych na czarne pewnej (miejmy nadzieję, że rosnącej) części elektoratu zupełnie nie odpowiada.