Rok był 1992, byłem na pustyni Negev w kibucu Devira. Eli Warsager należał do najstarszych mieszkańców kibucu. Jego rodzice jeszcze przed wojną wyjechali z Polski i osiedli na Kubie, więc jego pierwszym językiem był hiszpański, a drugim angielski. Nigdy nie mówił po polsku, kiedy w 1954 roku przyjechał do Izraela miał niespełna dwadzieścia lat i od razu przyjechał tu, na pustynię, zakładać kibuc. W kibucu połowa mieszkańców to byli Żydzi z Polski.

Kibuc Devira, kiedy go odwiedzałem, sprawiał wrażenie osiedla na Florydzie. Otoczone ogródkami, ładne i przestronne domki jednorodzinne, pośrodku osiedla imponujący basen kąpielowy, osiedle otoczone gajami drzew pomarańczowych, bananowych palm i polami na których rosła pszenica. Początki kibucu przypominał stojący na centralnym placu spalony czołg, świeżo odmalowany i służący dzieciom do najdzikszych zabaw. W pobliżu czołgu stało kilkanaście sosen.

-Tu, za tymi sosnami był nasz pierwszy barak, oczywiście sosen jeszcze wtedy nie było - powiedział Eli — wody mieliśmy wtedy tak mało, że koszule wolno było prać tylko raz w tygodniu.

W 1992 roku w cytrusowych gajach wodę dla roślin dozowały komputery, oczywiście nikt nie musiał już oszczędzać na wodzie do mycia się czy do prania. Oszczędzanie wody było tu jednak nie tylko stałym nawykiem, ale i całą, wspomaganą najnowocześniejszą techniką sztuką. Historii o prawie do prania koszuli raz w tygodniu młodzi słuchali jednak z uśmiechem.

Nie wiem, czy Devira przetrwała. Wtedy mieli dwieście mlecznych krów, małą fabrykę plastikowych kontenerów dla rolnictwa, uprawiali pszenicę, mieli również cytrusowe gaje. Już wtedy radzili sobie z trudem. Nie wytrzymywali polityki wolnego handlu. Tona amerykańskiej pszenicy kosztowała wówczas 116 dolarów razem z transportem, zaś wyprodukowanie tony pszenicy na pustyni Negev kosztowało 160 dolarów. Wiedzieli, że jeśli przestaną siać, wrócą piachy i kibuc trzeba będzie porzucić. Oprowadzający mnie po kibucu Eli był pełen najczarniejszych myśli.

Usiedliśmy w jego domu i patrzyłem przez okno na świeże ściernisko. Przy drodze, na skraju pola dwóch arabskich chłopców pasło stadko kóz. Uderzał kontrast między zamożnością mieszkańców kibucu i tymi arabskimi dziećmi, które mogłyby być statystami w filmie o średniowieczu.

Eli opowiadał nam historię poszczególnych drzew w kibucu. Nie było tych drzew mało i nie były to już młode drzewka. Z jakimś zażenowaniem opowiadał o socjalistycznej ideologii, która kiedyś łączyła mieszkańców kibucu, o tym, że dzieci mieszkały wspólnie, żeby zawsze były w samym środku osady kiedy zaczynała się strzelanina, no i żeby dorośli mieli czas na pracę, naukę i obronę. Ich pierwszy traktor pomalowany na biało jest również rodzajem pomnika. „Nasze dzieci nigdy nie pasły kóz i nigdy nie pracowały, kiedy był czas na naukę."

W środku kibucu stało czternaście sosen. Czterdzieści lat wcześniej ktoś położył przywiezioną z Polski szyszkę na parapecie okna. W upalnym słońcu otworzyła się i wysypała nasiona. Ich właściciel zebrał je i wysadził w doniczce. Możemy sobie wyobrazić jak dzielił się z nimi swoimi racjami wody, jak przestawiał w cień, żeby ich nie spaliło słońce. Eli pamiętał jak kilkuletnie już drzewka wysadzali na centralnym placu, koło szkoły i przedszkola. Było ich wtedy szesnaście, ale dwie sosny zmarniały. Pozostałe czternaście trwa do dziś, jedno z drzew przechyliło się kiedyś, ale dostało podpórkę i rośnie dalej. Dla tych, którzy przyjechali z Polski te sosny były kawałkiem ich dawnej ojczyzny. Uporczywie zbierali szyszki i cierpliwie hodowali nowe drzewka. Pustyni nie da się po prostu zalesić, albo będzie się tu uprawiać rolnictwo, albo powróci pustynia.

Czytam w doniesieniach z Izraela, że tu i ówdzie kibuce na pustyni pustoszeją i pustynia wkracza ponownie na pola, które przez dziesięciolecia były kwitnącymi sadami. Czytam o kolejnych planach zbudowania pokoju na Bliskim Wschodzie. Czasem przypomina mi się zdanie, które Golda Meir powiedziała do Anwara Sadata na jego pytanie, kiedy między Arabami i Żydami zapanuje pokój. „Kiedy zaczniecie swoje dzieci kochać bardziej niż honor."

W Irbilu, w kurdyjskiej części Iraku, kolejny samobójca zabił ponad 50 osób. W gazecie zdjęcie żołnierza idącego przez kałuże krwi. Bronił honoru, bronił świętych wartości. Czemu to właśnie zdjęcie przypomniało mi czternaście sosen w kibucu Devira?