„Wasza wolność to alkohol, narkotyki, seks, pornografia, okultyzm (horoskopy, magia, homeopatia, tarot, bioenergoterapia, itd., itd.). Waszym bogiem jest telewizor, pub, piwo, knajpa, samochód, komputer, internet, komórka itd. itd." — pisze w komentarzach i opiniach na marginesie naszej listy ateistów inernauta podpisujący się imieniem „Piotr".

„Gdzie do cholery podziali się ci wszyscy chrześcijanie?" Pyta na naszym forum czytelniczka z Kalisza, opisując przypadek kompletnej znieczulicy, kiedy człowiek upadł na chodniku, a przechodnie omijali go obojętnie, przyspieszając kroku.

Tendencja do przekonania, że grupa, z którą się identyfikuję, jest bardziej moralna niż inne grupy jest dość powszechna. Badania wielokrotnie wykazywały, że związek między religią (i religijnością) a moralnością, a dokładniej, a gotowością pomocy innym jest raczej iluzoryczny. Jonathan Haidt radośnie przytacza badania amerykańskie, dowodzące, że wierzący są częściej altruistami niż niewierzący, rzecz w tym, że w społeczeństwach Europy Zachodniej, a w szczególności krajów skandynawskich, rezultaty są zupełnie inne (a i na gruncie amerykańskim wyniki tych badań całkiem przekonywująco podważał PZ Myers). Czy to oznacza, że ateiści są jako grupa bardziej wrażliwi, a tym samym bardziej skłonni do pomagania innym? Chętnie byśmy w to wierzyli, ale mogłoby się to okazać nierozsądne.

Zbigniew Stypułkowski, przedwojenny polityk endecki, we wspomnieniach z sowieckiego więzienia pisał, że w chwilach próby nie liczą się poglądy polityczne ani filozofia, ale to, kto mimo własnej słabości zdobywa się na to, żeby podać ci herbatę po przesłuchaniu.

To, że „dobry Samarytanin" jest towarem rzadkim, wiemy z Nowego Testamentu, z własnych doświadczeń i współczesnych badań. Ponad ćwierć wieku temu na jednym z amerykańskich uniwersytetów zorganizowano wielodniowe badania osobowości. Pewnego dnia ochotnicy spieszący na kolejną sesję badań usłyszeli dobiegające z krzaków jęki. Zdecydowana większość przyspieszyła kroku. Źródłem jęków był magnetofon, obserwatorzy starannie notowali reakcje badanych. Wyniki były intrygujące, aczkolwiek samo badanie oceniono jako wysoce nieetyczne.

Wielu z nas prowadzi samochód. Ciekawym testem własnej gotowości do występowania w roli „dobrego Samarytanina" są nasze reakcje na sygnalizowane prośby o podwiezienie. Nasze (a przynajmniej moje) reakcje są zmienne. Zależne od nastroju, od oceny zagrożenia, instynktownej sympatii bądź antypatii, dramatu, który muszę ocenić w ułamku sekundy, żeby zdążyć spojrzeć w lusterko i wyhamować. Najmilej podwieźć ładną i inteligentną studentkę na uniwersytet, bo to i przyjemność, i dobry uczynek; znacznie gorzej, gdy proszącym o pomoc jest młody, nieciekawie wyglądający mężczyzna.

Mam wrażenie, że mniej liczą się te przypadki, w których pomogłem, niż te, w których zignorowałem sygnały prośby o pomoc. Łatwiej jednak zapamiętać sytuacje, kiedy występowaliśmy w roli „dobrego Samarytanina". Czasem jest to okazja, aby wyrosnąć we własnych oczach do roli anioła lub herosa. Uczciwie mówiąc, nie sądzę jednak, aby w populacji polskich ateistów istniały znaczące odchylenia (in plus czy in minus) częstotliwości zachowań altruistycznych w stosunku do częstotliwości takich zachowań wszystkich mieszkańców naszego kraju. (Podobnie jest zapewne w innych krajach naszego kontynentu.)

Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat. Tę dewizę z żydowskiego Talmudu odnosi się zazwyczaj do sytuacji skrajnych, wymagających heroizmu. To też jest naturalna tendencja. Trudno nam dostrzec, że ratowanie życia dokonuje się znacznie częściej, właściwie codziennie, stale.

W „Gazecie Wyborczej" opublikowano duży artykuł poświęcony omówieniu badań nad stosunkiem mieszkańców naszego kraju do decyzji o oddaniu po śmierci swoich zwłok na potrzeby nauki. Trudno przecenić zasługi patologii dla medycyny. Medycy długo wykradali trupy z kostnicy lub z grobów i robili sekcje zwłok, często ryzykując własną głową. (Kościoły różnych maści znacznie częściej godziły się na oglądanie serca na żywo niż u zmarłego. Niektórzy kapłani nawet wyrwane z żywego ciała serca rytualnie zjadali, ale chodziło tu raczej o rytuał niż o badanie struktury tkanki. )

Współcześnie bardzo niewielki procent mieszkańców Polski (9%) deklaruje, że godzą się, aby ich ciała zostały w przyszłości wykorzystane do celów naukowych. Oczywiście badanych nie pytano o ich światopogląd, ale tu trudno o wątpliwości, że ateiści są zdecydowanie nadreprezentowani. Podobnie jest w grupie osób deklarujących, że w przypadku nagłej śmierci ich organy mogą być wykorzystane do transplantacji.

Może ktoś powiedzieć, że dla nas, ateistów, ten typ altruizmu jest równie łatwy jak podwiezienie pięknej studentki. Nie mamy duszy, nie czekamy na Sąd Ostateczny, jeśli moje serce będzie biło po mojej śmierci, to jakbym coś uszczknął z życia pozagrobowego. Niejeden chrześcijanin chodzi po świecie z sercem czy wątrobą ateisty, częściej dziękując za swoje życie Bogu niż zmarłemu, a nawet lekarzom.

W niektórych zawodach ratowanie życia jest profesją. Najlepszym przykładem są tu strażacy i lekarze. W populacji lekarzy odsetek ateistów jest wielokrotnie wyższy niż w populacji strażaków. W obydwu zawodach silną motywacją wyboru tego właśnie zawodu jest ratowanie ludzkiego życia. Dla mnie intrygującym pytaniem jest nie to, jak często zauważamy, że przedstawiciele mojej grupy zachowują się moralnie, ale jak często zauważamy, że uratował nam życie przedstawiciel grupy, której nie darzymy sympatią. (Być może pewien wpływ na takie postawienie pytania ma fakt, że urodziłem się jako wcześniak w pierwszych miesiącach wojny i że na początek uratował mi życie lekarz, oficer Wehrmahtu.)

Jeśli uświadomimy sobie prosty fakt, że na przestrzeni ostatnich stu lat średnia życia wzrosła o mniej więcej sto procent, to w tych samych proporcjach wzrosła częstotliwość wyrywania nas z rąk śmierci. Mam powody, by sądzić, że wśród tych ratowników proporcje niedowiarków i zdeklarowanych ateistów są wielokrotnie wyższe niż w całym społeczeństwie.

Oczywiście ateiści nie chodzą umundurowani (ani nawet nie spotykamy ich na zgromadzeniach w kościele), więc nie zawsze wiem, czy pani chirurg, która przeprowadziła mi operację, jest dewotką, czy wręcz przeciwnie. Oczywiście nie powinno to mieć wpływu na moją wdzięczność (doskonale pamiętam książkę amerykańskiej onkolog głoszącej zasadę: „módl się tak jakby wszystko zależało od Boga, pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie" [ 1 ], ale warto być może przypomnieć, że w szeregach tych, którzy wyrywają nas z łap śmierci jest ich szczególnie dużo. Mam tu na myśli nie tylko lekarzy klinicystów, ale anonimowych dla pacjenta badaczy (wśród których procent ateistów jest jeszcze wyższy), farmaceutów, wynalazców medycznych urządzeń, czy naukowców poprawiających jakość naszego życia.

Dla ateisty, ze zrozumiałych względów, pasja zawodowa stanowi znacznie częściej szczególnie istotny element sensu życia niż dla wierzącego. (Naszym motorem jest raczej ciekawość niż wiara.) Altruizm ateisty jest źródłem nagród bezpośrednich (przyjemność dzielenia się), a nie środkiem do otrzymania nieziemskiej nagrody od jakiegoś boga. I znów mógłbym powiedzieć, że motywacja ratującego mi życie człowieka jest równie obojętna jak jego światopogląd. Efekt się liczy, albo mam do czynienia z fachowcem, albo z patałachem liczącym na cud. Prawdziwym problemem staje się dopiero próba zawłaszczenia moralności, przekonanie, że źródłem dobra i moralności jest Bóg, przekonanie, że mój Bóg jest lepszy od innych bogów, przekonanie, że to moja wiara czyni mnie człowiekiem moralnym, przekonanie, że nawet te czyny innych, które są z pozoru dobre, jeśli nie płyną z wiary w mojego boga, są podejrzane. To połączenie między bogiem a moralnością (między moim bogiem, a moralnością) może prowadzić i bardzo często prowadzi do podłości i zbrodni.

(Intrygująca jest żywiołowa nienawiść wielu polskich księży do działań Jurka Owsiaka. Jego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest traktowana jako próba naruszenia monopolu na dobro.)

Ten związek między moralnością i religią (między moralnością i moją religią) prowadzi często do ograniczenia definicji bliźniego, do ograniczenia definicji człowieka, gdyż człowieka dostrzega się przede wszystkim we współwyznawcach.

Nie jestem przekonany o tym, że ateiści są bardziej moralni niż ludzie wierzący, i to nie tylko z braku wiarygodnych badań, ale z założenia. Jeśli moralność wyłoniła się w procesie ewolucyjnego rozwoju człowieka (a mamy dziś na to coraz więcej dowodów), to religia była próbą jej kulturowej instytucjonalizacji w świecie społeczności klanowych; w długim procesie wykraczania poza związki rodzinne stopniowo rozszerzała pojęcie bliźniego poza kilkudziesięcioosobową grupę nomadów. Plemienny bóg był źródłem plemiennej moralności, w świecie, którego horyzonty zamykała rzeka i wzgórze, w społeczności kierującej się wiedzą opartą na doświadczeniach dwóch pokoleń i garści mitów opowiadanych przy ognisku. Plemienny bóg będący „źródłem" plemiennej moralności był również źródłem więzi społecznej i wspornikiem władzy, która nawet jeśli była okrutna, była lepsza od chaosu i anarchii, gdyż dawała moc osłony przed swoimi i obcymi.

Ateizm był i nadal jest zagrożeniem dla plemiennego boga i plemiennej moralności. Nasze wyobrażenie moralności dawno wykroczyło jednak poza plemienne granice. Nasza tradycja wyzwoliła się z opowiadanych przy ognisku mitów, ślepy starzec dawno temu przestał być głównym nośnikiem ludzkiej pamięci.

Akceptując, że fundamenty naszej moralności są znacznie starsze niż homo sapiens, że dopiero na tym fundamencie zbudowaliśmy kulturową tradycję, musimy wreszcie uświadomić sobie, że tradycja jest naszym wspólnym kapitałem. Bez tego kapitału nie byłoby ani nauki, ani sztuki, ani szeroko pojętej kultury. Błędem jest przeciwstawianie tradycji i postępu. Problem polega na tym, iż wierzący chcą ten kapitał trzymać w materacu, my zaś chcemy nim obracać i go pomnażać. Religia jest dziś jak rozmagnesowana busola, pod którą zbyt często podkładano siekierę. Jej konstrukcja i jej wyrafinowane ozdoby mogą budzić podziw, ale jako narzędzie jest od dawna bezużyteczna.

Kiedy przyglądamy się religiom widzimy, że to właśnie tradycja jako taka została podniesiona do rangi boskości. Niezwykle to niszczące dla tradycji, gdyż jest ona źródłem postępu tylko wówczas, gdy podchodzimy do niej krytycznie, wzmacniając elementy nośne i wymieniając to, co naruszył ząb czasu.

Również w dziedzinie moralności tradycja jest naszą skarbnicą. Nie słyszałem, żeby ateiści mówili: zabij bliźniego swego i zjedz go ze smakiem. Prawa stanowione wspierają się zarówno na elementach moralności wykształconych ewolucyjnie, jak i na elementach, które odziedziczyliśmy w procesie powstawania kulturowej tradycji, w tym oczywiście również religijnej. Rzecz w tym, że nie traktujemy tej tradycji jako świętości, ale jako kapitał właśnie; jako kapitał wymagający ciągłej troski, byśmy go nie zmarnowali.

Ateista nie powinien czuć się bardziej moralny niż inni. Taką dumę uważam za wyjątkowo groźną. Uważam, że refleksja etyczna jest rzeczą znacznie ciekawszą od posłuszeństwa kapłanom i że lepiej pozwala nam ona poruszać się w nieustannie zmieniającym się świecie. Ta refleksja od tradycji nie ucieka, zgoła przeciwnie. Ale niech nas bóg broni, aby ignorancja naszych przodków była naszą busolą moralną. Dobry Samarytanin nie przestał być godny podziwu, ani nie przestał być towarem rzadkim, jednak tradycję podtrzymywania niechęci do tych, którzy pochodzą z ludu Samarytanów warto odrzucić, w tych uprzedzeniach nie ma nic dobrego ani mądrego.

Pora wrócić do internauty podpisującego się imieniem „Piotr". Jesteś jak skała Piotrze i twoje możliwości poznawcze zostały najwyraźniej zgniecione pod ciężarem boskiej plemiennej tradycji. Przestań być opoką świętej ignorancji [ 2 ] i poświęć chwilę refleksji pytaniu, ileż to już razy ci okropni ateiści mogli uratować ci życie. To przecież starożytni autorzy przypowieści o Jezusie zwracali uwagę na zdradliwą niechęć do Samarytanów.


 Przypisy:
[ 1 ] Diane Komp, I dziecko będzie je prowadzić, Dzieci z nowotworem uczą jak mieć nadzieję, Verbinum 1997, tłumaczenie Małgorzata Koraszewska
[ 2 ] A co do stosunku ateistów do okultyzmu, hematologii, bioenergoterapii itp., bardzo polecam wydaną przez "Racjonalistę" książkę Johna Diamonda, Cudowne mikstury i inne troski