To intrygujące tytułowe pytanie zadał na łamach „Jerusalem Post" amerykańsko-izraelski psycholog kliniczny Morris Mann.

Zaczął od definicji duchowości: „Kiedy używam słowa 'duchowość', rozumiem, że cokolwiek to jest, pomaga mi to odczuwać kontakt z czymś, co jest większe ode mnie". Autorem tej definicji jest Dean Michael Ornish, amerykański profesor medycyny, związany z University of California. Mam nadzieję, że profesor jest lepszym lekarzem niż logikiem, a przynajmniej, że nie traktował swojej definicji specjalnie poważnie. Tak czy inaczej, po przeczytaniu takiej definicji „duchowości" poczułem kontakt z moim domem, który jest znacznie większy ode mnie.

Morris Mann przypomina, że według niedawnych badań nad religijnością w Stanach Zjednoczonych ponad 40 procent dorosłych Amerykanów porzuciło religię, w której zostali wychowani dla innej religii lub dla bezwyznaniowości. Ponad 20 procent osób poniżej 30 roku życia nie czuje związku z żadną religią.

Osobiście byłbym niezwykle ciekaw badań nad religijnością polskich licealistów, która (mam takie wrażenie) zmienia się szybciej niż religijność reszty społeczeństwa. Jest to jednak tylko domysł oparty na bardzo wyrywkowych obserwacjach.

Zdaniem Morrisa Manna, który jest psychologiem z bogatym doświadczeniem pracy z młodzieżą, zwiększona ruchliwość na rynku pracy i zmiana charakteru miejsc pracy to dwa czynniki, które przyczyniły się w znacznym stopniu do rozbicia tradycyjnych społeczności i do akceptacji, że od młodego człowieka oczekuje się rozwoju osobowości, co może skłaniać do poszukiwania nowych duchowych doświadczeń. (Obawiam się, że w tym miejscu musimy dodać zastrzeżenie „cokolwiek to znaczy".)

Autor artykułu wydaje się zdawać sobie sprawę z tego, że ta pierwsza definicja duchowości może pozostawiać nas w poczuciu duchowej pustki, pozostającej w kontakcie z większą duchową pustką. W tej ponurej sytuacji otrzymujemy kolejną definicję, tym razem sformułowaną przez autora książki The God Gene, amerykańskiego genetyka Deana Hamera, który najpierw próbował znaleźć gen homoseksualizmu, a potem gen boga, ale wiele wskazuje na to, że jest głównie poszukiwaczem taniej popularności. Otóż Dean Hamer wyszedł od idei duchowości, aby zdefiniować ludzi posiadających „gen boga". „Takimi ludźmi są jednostki mające skłonność do doświadczeń duchowych, które powodują, że częściej niż inni komunikują się z Bogiem i łączą się z religijnymi, opartymi na wierze, społecznościami."

Jak pisze Morris Mann, według Hamera są trzy cechy charakteryzujące uduchowionych. Po pierwsze mają tendencję do zatracania się; cokolwiek robią, tak się tym przejmują, że zapominają o sobie samych. Są postrzegani jako roztargnieni, nie mają poczucia czasu i miejsca. Po drugie mają skłonność do mistycyzmu. (Sam mistycyzm ma tu swoją chyba unikatową, nie wiem czy celowo zabawną, definicję, jako fascynacja przypadkowymi wydarzeniami, które nie mają ani logicznego, ani naukowego wyjaśnienia.) Tacy ludzie wierzą również w mistyczne znaki. Po trzecie wreszcie, większość uduchowionych ma poczucie auto-transcendencji, poczucie kontaktu z ludźmi, zwierzętami, drzewami, kwiatami lub górami. „Mają poczucie jedności z naturą."

Po przeczytaniu tego ostatniego zdania moje złośliwe neurony wrzuciły mi paskudną asocjację, bo przypomniał mi się napis na cmentarnym murze w Szwecji: „Bądź jednością z naturą". Ofuknąłem nazbyt otwartą synapsę i studiowałem dalej w egoistycznej nadziei, że dowiem się, czy jest we mnie ta siła fatalna, czy jej nie ma.

Próbując nam przybliżyć ową duchowość, Morris Mann opisuje przypadek swojego studenta, który wyrósł w środowisku konserwatywnych religijnych Żydów, ale nie odczuwał żadnej fascynacji religią. Podczas wakacji brał udział w kilkutygodniowym wędrownym obozie religijno-ekologicznym i już pierwszego poranka, u podnóża Mount Rainier, zaczęła mu się duchowość. Po raz pierwszy poczuł obecność Boga, a potem bez trudu już z nową duchowością odczuwał wszędzie obecność Boga w świecie.

Autor artykułu najwyraźniej nie dowiadywał się dlaczego właściwie jego student zdecydował się na wielotygodniowy religijno-ekologiczny obóz i czego od tego obozu oczekiwał. Psycholog kliniczny odnotował niemal kafkowską przemianę, po której student „...poszukiwał religijnych doświadczeń, które miały znaczenie i były duchowe". Te doświadczenia obejmowały nauczanie tekstów biblijnych na farmach produkujących żywność organiczną, branie udziału w grupach śpiewających pieśni religijne i wybranie się do Jerozolimy na religijne studia.

To połączenie duchowości z produkcją organicznej żywności zapachniało kadzidłami i ołtarzem ofiarnym i utrwaliło mnie w przekonaniu, że gen boga nie został tu podstępnie zaszczepiony w laboratorium. Uduchowiony student Morrisa Manna nie był genetycznie modyfikowany.

Amerykański psycholog kliniczny opisuje cud odnalezienia owego kanału prowadzącego zarazem do natury, jak i do Boga i przechodzi dalej do psychologii duchowości. Otóż jest duchowość indywidualna i zbiorowa i odczuwamy je w zależności od indywidualnych skłonności i predyspozycji.

Tu autor powraca do Deana Hamera, który wyróżnia dwa typy religijności: wewnętrzną i zorientowaną na innych, wspólnotową. Można powiedzieć, że introwertycy duszą Boga w sobie, modlą się samotnie nawet w zatłoczonych świątyniach. To właśnie o nich Hamer twierdzi, że ich religijność ma charakter genetyczny.

Jak łatwo się domyśleć, drugi, bardziej społeczny typ religijności jest uduchowieniem towarzyskim. Wspólna modlitwa, wspólne rytuały, wspólne wycieczki. „Twoje poczucie łączności z Bogiem jest wzmocnione przez dzielenie się nim z innymi ludźmi, którzy odczuwają lub wierzą, że odczuwają to samo co ty." Kolejnego zdanie nie zrozumiałem, autor powiada bowiem, że te nastawione na zewnątrz doświadczenia religijne są mniej spontaniczne i bardziej kognitywne. W zasadzie autor to wyjaśnia, że niby chodzi o uczenie się tradycyjnych rytuałów, modlitw i tekstów, czyli o kognitywność religijną.

Autor informuje, że ten drugi gatunek religijności jest bardziej rozpowszechniony i że to jest właśnie ta religijność, której dzieci uczą się od rodziców i innych dorosłych w otoczeniu i nadmienia delikatnie, że tu właśnie dziecko ma okazję zetknięcia się z hipokryzją religijnego życia.

„Jeśli jesteś rodzicem, który chce przekazać swoim dzieciom wiarę religijną, zaufanie do życia w religijnej społeczności, twoje wysiłki na tym polu są równie ważne, jak sukcesy twoich dzieci w nauce i ich relacje z innymi ludźmi."

Oops, większość naszych czytelników chciałaby się dowiedzieć jak ustrzec swoje dzieci przed takimi niebezpieczeństwami. Obawiam sie, że rada psychologa klinicznego jest tak mało precyzyjna, że nawet nie bardzo wiem jak zbudować jej odwrotność.

Autor zaleca dalej, aby rodzice byli modelami i żeby ich czyny mówiły głośniej niż słowa. (Mam dziwne wrażenie, że gdzieś już to czytałem.) Powinniśmy równomiernie zaspakajać różnorodne potrzeby naszego dziecka. (Jak on do tego doszedł?) Powinniśmy pozwolić dziecku na samodzielne poszukiwanie jego duchowych związków i nie narzucać arbitralnie religijnych więzów. (Od początku wiedziałem, że coś mnie z tym autorem łączy, tylko za boga nie wiedziałem co.)

„Jest to zachęcanie do poszukiwania i równoczesne wskazywanie możliwości włączenia się w szerszą religijną społeczność." Gdyby nie to, że jestem ateistą, powiedziałbym „Boże uchowaj".

Czytanie wynurzeń wierzących o duchowości, rozmowy z wierzącymi o duchowości, kończą się nieodmiennie na tym samym — na ich konsekwentnej odmowie precyzyjnego zdefiniowania owej duchowości i słowach wskazujących, że to nic innego jak wiara jako taka i jakieś odczucia kontaktu z tym, czego nie ma.

Sam podziw dla wspaniałości i złożoności natury im nie wystarcza, piękno postrzegane naszymi zmysłami im nie wystarcza, tajemnice odkrywane przez naukę to dla nich banał i trywializowanie tajemnicy jako takiej. Sympatia dla innych ludzi bez owego boga jest dla nich bez sensu, a miłość do drugiego człowieka to czysty egoizm.

Oczywiście tytuł artykułu Morrisa Manna jest zwyczajnym kłamstwem, bowiem wymowa jego tekstu nie rozstrzyga pytania: dziecko religijne czy uduchowione, ale proponuje drogę do religijności przez „uduchowienie".

Jeśli uduchowienie jest zachwytem, wystarczy mi motyl, a dalszej ekstazy mogą mi dostarczyć zdjęcia z kosmosu. Religijne uduchowienie nie wydaje mi się ciekawą propozycją, w szczególności ze strony psychologii klinicznej.