Pobożność wobec Boga została wprowadzona przez bezbożnych. 
Lęk przed Bogiem jest wpajany przez tych, którzy sami nie lękają się Boga. 
Kazimierz Łyszczyński

Wierzący przyjaciel, stwierdzając, że istnieją różne koncepcje etyki świeckiej, zapytał, która jest mi bliska? Pytanie wydało mi się o tyle interesujące, że nigdy go sobie nie zadałem i odpowiedź wymagała głębokiego zastanowienia się. Sam moment, w którym trudne pytania padają, jest często istotny, bo inne sprawy, w których jesteśmy zanurzeni, mogą stanowić interesujący i stymulujący kontekst.

Zbiegiem okoliczności przed otwarciem listu z tym pytaniem pisałem list do Anny Machy — Aslanidou, która przesłała nam tekst o koncepcji państwa u Hobbesa. Krytykuje ona, czy wręcz buntuje się przeciwko idei państwa postrzeganego niemal wyłącznie jako instytucji chroniącej nas przed anarchią. W prywatnej korespondencji poleciłem jej ostatnią książkę Stevena Pinkera The Better Angels of Our Nature: Why Violence Has Declined. Wyniki jego długoletnich badań ostro kontrastują z naszymi odczuciami. Oczywiście nasze odczucia na temat rozmiarów przemocy w naszym świecie są produktem nowoczesnych mediów, błyskawicznie dostarczających nam informacji o aktach przemocy w dowolnym punkcie naszego globu. Mamy tu sporą dozę tendencyjności w tym strumieniu informacji, ale nie w tym rzecz. Przy tym nieustannym gradzie informacji o koszmarnych czynach ludzkiego gatunku, trudno nam pogodzić się ze stwierdzeniem, że w życiu społecznym jest coraz mniej przemocy. A jednak, w społeczeństwach pierwotnych, mężczyzna, który nikogo nie zabił, nie jest mężczyzną, a w naszym świecie na szczęście jest rzadkością. Wizja stanu naturalnego prezentowanego przez Hobbesa jest dziś doskonale potwierdzona, a koncepcja „dobrego dzikusa" Jean-Jacques Rousseau całkowicie zdyskredytowana.

U Stevena Pinkera Hobbes jest obecny na wielu stronach. W rozdziale drugim, zatytułowanym „Proces pacyfikacji" pisze:

Thomas Hobbes i Charles Darwin byli sympatycznymi ludźmi, których nazwiska stały się odstręczającymi przymiotnikami. Nikt nie chciałby żyć w hobbesowskim ani darwinowskim świecie. [...] Obaj zyskali nieśmiertelność przez fakt, że do języka weszły ich drastyczne określenia życia w stanie natury, darwinowskie „przetrwanie najlepiej przystosowanych" (nie przez niego ukute, ale którego używał) oraz hobbesowskie — „życie człowieka jest samotne, biedne, żałosne, brutalne i krótkie". A jednak obaj dali nam wiedzę na temat przemocy, która jest głębsza i bardziej subtelna, i w efekcie bardziej ludzka niż wyprowadzone od ich nazwisk przymiotniki mogłyby sugerować. Współcześnie jakakolwiek próba zrozumienia ludzkiej przemocy musi się zaczynać od analizy ich tekstów. [ 1 ]

Co ma wspólnego analiza przemocy z pytaniem o świecką etykę? Jeśli nie rozumiemy mechanizmów zła, nie rozumiemy również mechanizmów dobra. Gdzieś jednak przyjmujemy woluntarystycznie założenie, że przemoc jest złem, a powstrzymanie się od przemocy i życzliwość — dobrem. Może się wydawać, że zasada „nie czyń drugiemu co tobie nie miło" spina etykę świecką i religijną. Spotykamy bowiem tę zasadę w zaleceniach postępowania w różnych religiach i w różnych świeckich traktatach o etyce. Studia nad historią przemocy mogą nas jednak prowadzić do podejrzliwości wobec idei dobra pochodzącego do Boga czy bogów.

Jak pisał Richard Dawkins, „żyjąca istota tym różni się od skały czy rzeki, że jak ją uderzysz, to może ci oddać". Wszelka etyka zakłada świadomość, kierowanie agresji na określony obiekt, zdolność do powstrzymania się od agresji, a wreszcie zdolność do nakierowanej na inną istotę żyjącą życzliwości.

Jeśli prawdą jest, że stajemy się bardziej cywilizowani, jeśli nauczyliśmy się powstrzymywać agresję, a nasze życie nie jest nieustanną walką każdego z każdym, gdzie zaczął się proces pacyfikacji? Według Hobbesa tym kluczowym cywilizacyjnym przełomem było powstanie państwa.

Tę centralną rolę państwa chroniącego przed anarchią niezwykle lapidarnie podsumował wiele lat temu amerykański ekonomista i socjolog Mancur Olson, pisząc, że stacjonarny bandyta jest po stokroć lepszy od ruchomego, który gwałcił, rabował, palił i mordował, podczas gdy stacjonarny może cię traktować jako pewien zasób, dobro trwałe.

Ten proces pacyfikacji rozpoczął się bez wątpienia wcześniej i Hobbes pisze o rodzinie jako instytucji dającej pewną ochronę przed całkowitą anarchią w stanie natury. Tu pojawia się również religia.

Historia religii jest niezbywalną częścią historii rozwoju społecznego, wzmacniały one więź społeczną i władzę wodza chroniącego przed anarchią. Poszukiwanie genu czy genów Boga nie przyniesie zapewne pozytywnych rezultatów, ale fakt istnienia jakiejś religijności we wszystkich formach społeczeństwa wcale nie musi dziwić, zgoła przeciwnie, wydaje się być naturalną konsekwencją pojawienia się gatunku Homo sapiens. Zwierzę zdolne do stawiania abstrakcyjnych pytań, a nie posiadające narzędzi pozwalających na poszukiwanie odpowiedzi, musiało odkryć metafizykę (jakkolwiek będziemy ją sobie definiowali).

Zapewne na długo przed pojawieniem się państwa, religia klanu i plemienia dawała jakąś ochronę przed chaosem i to zarówno w sensie tworzenia więzi i struktur organizacyjnych zmniejszających poziom agresji wewnątrz społeczności, jak i scalających społeczność w kolektywny system obronny przed innymi społecznościami. „Lepsze" religie nie tylko pozwalały przetrwać, ale i podbić wyznawców „gorszych" religii. Czym różniły się owe „lepsze" od „gorszych"? Wyższym poziomem moralności? Jak moglibyśmy ją mierzyć? Prehistoryczne religie nie pozostawiły po sobie kodeksów moralnych, historyczne informują nas w swoich księgach, że dawały wskazania porządkujące relacje międzyludzkie, przy czym z reguły na naczelnym miejscu była lojalność wobec władzy i lojalność wobec grupy.

Psycholodzy ewolucyjni, wiedząc coraz więcej o społecznościach zbieracko-myśliwskich, spekulują o początkach religii i spekulują coraz ciekawiej. W rewolucyjnym tempie rozwija się nasza wiedza o mózgu, ale również nasza wiedza o naszych zwierzęcych kuzynach. O ile szympans, jeśli idzie o narzędzia, jest na etapie pięściaka (którego musi znaleźć, bo obrobić kamienia już nie potrafi), o tyle jego inteligencja społeczna i skomplikowane techniki budowania koalicji pozwalają na pisanie szekspirowskich dramatów. Jane Goodall i Frans de Wall oraz wielu innych prymatologów otworzyli nam oczy na bogaty świat emocji , przyjaźni i współdziałania naszych kuzynów.

Kiedy zastanawiam się nad pytaniem jaka jest ta moja etyka świecka, muszę spróbować odtworzyć ewolucję własnych poglądów. Jeździ ze mną po świecie wydana w 1956 roku w bibliotece „Po prostu" broszurka z tekstem Tadeusza Kotarbińskiego Etyka niezależna. Profesor tak objaśniał ową niezależność:

Mowa będzie o etyce niezależnej. Od czego niezależnej? Od religii. Albowiem dominuje u nas etyka religijnie ugruntowana. Uzasadnia ona własne hasła naczelne odwołując się do Boga, do życia przyszłego, do pośmiertnego wymiaru nagród i kar za czyny dobre i złe. Jest jednak spora ilość ludzi niewierzących ani w istnienie Opatrzności, ani w życie przyszłe. Ci więc potrzebują etyki, która by się obywała bez takich uzasadnień. A przyda się ona także i osobom wierzącym w przypadku zachwiania się lub zgoła utraty wiary religijnej, co zdarza się często. Źle, jeżeli wraz z wiarą załamuje się etyka.

Kotarbiński, Ossowscy i inni świeccy myśliciele, z których myślą spotykałem się w młodości, wyprowadzali uniwersalne zasady etyczne raczej z filozofii, sięgając głównie do myśli greckiej. Dziś znacznie bliższe są dla mnie poszukiwania psychologów ewolucyjnych poszukujących źródeł altruizmu i tego co nazywamy wartościami moralnymi w biologii i w ewolucji właśnie. Już Kropotkin spierał się z Darwinem o obecność altruizmu w naturze. Dla Darwina okrucieństwo natury było przerażające. Bez wątpienia trudno zaakceptować „dobrego Boga" tworzącego naturę będącą bezlitosnym łańcuchem pokarmowym, tworzącego osę składającą jaja w żywej gąsienicy, czy owada składającego jaja w ludzkim oku. Bezmiar okrucieństwa natury przeczy idei dobrego Stwórcy. Im bardziej jednak rozwinięte zwierzę, tym częściej spotykamy wbudowaną w jego naturę opiekuńczość wobec młodych, skłonność do kooperacji (która sama w sobie z moralnością nie ma nic wspólnego, ale wydaje się być elementem fundamentu pozwalającego na empatię). Badania nad zwierzętami pokazują nam zdolność do przyjaźni, dzielenie się żywnością, poczucie sprawiedliwości. To dobro pochodzące z natury wydaje mi się znacznie ciekawsze od tego pochodzącego od Boga, badania nad neuronami lustrzanymi są dla mnie po stokroć ciekawsze od badań nad Biblią czy Koranem. Książka Sama Harrisa The Moral Landscape o tym, czy nauka może badać a nawet wskazywać dobro, jest dla mnie ciekawsza od rozważań teologów.

Jednak świecka moralność, ani ta, której szukamy u filozofów, ani ta, którą próbujemy odkryć studiując biologię i nasz mózg, nie ma jednoznacznego i uniwersalnego kodeksu. Biblijny dekalog rozpoczyna się od słów, które mnie odrzucają - Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Na tym etapie mówię dziękuję, gdyż pierwsze przykazanie ogranicza wartość wszystkich pozostałych. Interpretujący dekalog nagminnie pozwalali okłamywać, okradać, gwałcić i zabijać tych, którzy mieli „innych bogów". A jednak dekalog informuje nas o człowieku tęskniącym do świata bez chaosu. Wskazuje na pewne wartości uniwersalne, które od żadnego boga pochodzić nie muszą. Jest taka książka Matta Ridleya O pochodzeniu cnoty. Biolog, świetny popularyzator nauki, prezentuje spojrzenie psychologii ewolucyjnej na moralność i pochodzenie dobra, ale Matt Ridley ma jeszcze jedną pasję, a jest nią handel. Śledzi jak Homo sapiens odkrył ekumenizm racjonalizmu, większej opłacalności wymiany niż rabunku. Na dłuższą metę życzliwość przynosi stokrotnie większe zyski od egoizmu.

Zastanawiam się, kiedy nastąpił zwrot w moich poszukiwaniach etyki świeckiej od filozofii w kierunku biologii, psychologii, psychiatrii? Podejrzewam, że jakąś rolę odegrały tu książki Konrada Lorenza (przede wszystkim Tak zwane zło), a na innym planie książki Kempińskiego, Olivera Sacksa i innych wprowadzających nas w wiedzę tajemną o naszych zachowaniach poprzez badanie chorób psychicznych. Ograniczenia naszych zdolności oceny moralnej mówią nam o moralności więcej i ciekawiej niż ksiądz katecheta. Nie mówią nam czym jest dobro, tu towarzyszy nam założenie, że jest nim powstrzymanie się od agresji (nie musi być dobrowolne) oraz życzliwość dla innych (wymagająca dobrej woli). Czy to założenie jest tak zupełnie woluntarystyczne i czy możemy sobie wymyśleć wiele innych definicji tego co jest moralne? Mogę być oczywiście w błędzie, ale nie spotkałem tak wielu propozycji odmiennego definiowania moralności, ta wydaje się niemal uniwersalna. Niemal, ponieważ konkurencyjna jest moralność ceniąca jako dobro najwyższe lojalność wobec grupy, gdzie agresja wobec jednostek spoza grupy może być oceniana jako moralnie cenna (bohaterstwo zgoła) zaś życzliwość wobec obcych może być traktowana jako czyn moralnie naganny.

W 1994 roku ukazała się książka Roberta Wrighta The Moral Animal. Autor pokazuje nasze podporządkowanie siłom natury, egoizm podporządkowany nakazom doboru naturalnego i płciowego, ale również potęgę altruizmu odwzajemnionego. Natura ludzka, o której bodaj najlepiej pisał Steven Pinker w Tabula rasa,jest podporządkowana biologii, ale ewolucja tworząc coraz bardziej złożone organizmy wyprodukowała to, co nazywamy dobrem. Nie bez powodu najczęściej i najsilniej kojarzy nam się to pojęcie z macierzyństwem i opieką nad słabymi i bezbronnymi.

Nie żaden bóg, ale zwyczajna biologia wywołuje w nas rozczulenie na widok małej bezbronnej istoty. Instynkt opiekuńczy jest zakodowany w naszych genach. To właśnie ten instynkt podpowiada nam czym jest dobro i czym jest patologia. To właśnie ten instynkt wywołuje w nas szczególne obrzydzenie, kiedy na przykład pracownica ONZ świadomie i z premedytacją rozpowszechnia zdjęcie z fałszywą informacją, że zabito dziecko, żeby wzbudzić religijną nienawiść. Szczególny gatunek patologii, gdy ktoś odwołuje się do powszechnego instynktu moralnego, aby skłonić do amoralnych zachowań. Wybieram etykę świecką, gdyż etyka oparta na religiach nie tylko szuka podstaw moralności w złym miejscu, ale aż nazbyt często odwołuje się do powszechnego instynktu moralnego, aby namawiać do nienawiści.

Dobro po prostu wyewoluowało wraz z powstaniem życia i jego bardziej złożonych form wymagających opieki nad słabszymi. Wykroczenie poza Rubikon altruizmu krewniaczego nastąpiło na długo przed pojawieniem się człowieka, ale dopiero człowiek mógł podjąć rozważania na temat dobra i zła i to na długo zanim mógł zacząć badania nad naszymi naturalnymi instynktami. Rozważania greckich filozofów są po stokroć bardziej klarowne i bardziej przekonujące niż bełkotliwe teksty religijne, ale to bełkotliwe teksty religijne przewodziły ludzkości, a nieliczne książki greckich filozofów tylko cudem ocalały przed barbarzyńcami.

To ewolucja jest źródłem dobra, ale to dobro wymaga kultywowania, ta strona naszej natury może i powinna być wzmacniana. Etyka świecka nie jest ani woluntarystyczna, ani relatywistyczna, kiedy Pinker pisze o lepszych aniołach naszej natury, nawiązuje do mowy inauguracyjnej Abrahama Lincolna:

Nie jesteśmy wrogami, lecz przyjaciółmi. Nie wolno nam być wrogami. Aczkolwiek pasje je nadwyrężyły nie możemy zerwać więzi naszych uczuć. Mistyczne łańcuchy pamięci, rozciągające się od wszystkich pół bitewnych i grobów patriotów ku wszystkim żywym sercom i ogniskom domowym w całym naszym wielkim kraju, wzmacniają więzi naszej Unii, które podjęte z pewnością będą przez lepsze anioły naszej natury.

Lepsze anioły naszej natury wymagają pielęgnacji. W tym celu należy oberwać im te bezsensowne skrzydełka i traktować z powagą na jaką zasługują, wzmacniając naturalną skłonność do opieki nad słabymi i bezbronnymi i wzmacniając zdolność do wzajemnej życzliwości.


 Przypisy:
[ 1 ] Steven Pinker The Better Angels of Our Nature: Why Violence Has Declined, s, 31, Viking 2011