Rozmawialiśmy w naszej kuchni, Michał wyraził swoje przekonanie, że na świecie jest ludziom coraz gorzej, na co oboje z Małgorzatą zareagowaliśmy gwałtownie, przypominając, że coraz mniej ludzi idzie spać o głodzie, że żyjemy dłużej, że dzieci nie muszą umierać z powodu błahych chorób, że nie musimy prać naszych ubrań w rzece... Michał zapytał, czy jesteśmy szczęśliwsi. Zapewniłem go, że tak, ale po tamtej rozmowie długo zastanawiałem się, czy aby słusznie z taką pewnością siebie powiedziałem, że jesteśmy szczęśliwsi niż nasi przodkowie. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do przekonania, że byłem w błędzie. Jesteśmy bardziej nieszczęśliwi i dziwne by było gdyby było inaczej.

Uczciwie mówiąc nawet nie umiemy sobie wyobrazić szczęścia, jakie ogarniało naszych przodków, kiedy w okolicach Wielkanocy byli nadal żywi. Znaczna część ich sąsiadów ginęła z głodu i chorób podczas długiej zimy i na przednówku, więc ci, którzy przetrwali, mieli powód do niewypowiedzianego szczęścia, za które wylewnie dziękowali bogom lub bogu. Kiedy pomyślę o tych, którzy przetrwali zarazę, zdaję sobie sprawę, że takiego uczucia szczęścia nigdy nie przeżywałem. Każdego roku, kiedy żona rodziła kolejne dziecko, jej przeżycie porodu było wielką wygraną na loterii. Podejrzewam, że ci ludzie naprawdę umieli się cieszyć szczęściem, z tego prostego powodu, że nieszczęście szło za nimi krok w krok i każdego dnia zdawali sobie sprawę z tego, że dziś im się udało. Pomyśl o niewolniku, który przez cały dzień zdołał uniknąć bata, o matce, która dziś nakarmiła do syta wszystkie swoje dzieci, albo tylko o człowieku, któremu kowal wyrwał obcęgami bolący ząb i teraz ustał ból i zęba, i rąk wykręconych przez tych, którzy go trzymali.

Ileż szczęścia spotykało tych ludzi nie tylko każdego dnia, właściwie każdej godziny. Czy my możemy być szczęśliwi otwierając lodówkę i nie mogąc się zdecydować, na co właściwie mamy ochotę? Czy możemy być szczęśliwi kupując kolejny komputer i zastanawiając się jaki wybrać model? Czy możemy być szczęśliwi zastanawiając się, czy pojechać na urlop do Grecji, czy do Hiszpanii? Chyba głupio odpowiedziałem na pytanie Michała.

Prawdą jest, że w literaturze i w życiu codziennym ludzie mówią o szczęściu, kiedy udaje im się uniknąć nieszczęścia i czują się nieszczęśliwi z powodu zawiści, że innym być może jest lepiej. Żyjemy w świecie złamanych serc, że ktoś obok ma lepszą pracę, większe mieszkanie, lepszy samochód.

Mieszkam w jednym z biedniejszych miasteczek w Polsce, pod komunalnymi blokami, w których większość mieszkańców to klienci biura opieki społecznej, gmina buduje parkingi. Są naprawdę potrzebne. Bardziej interesuje mnie, czy dzieci z tych bloków bywają głodne. Niestety zazwyczaj uczą się gorzej, rzadziej niż dzieci z innych części miasta idą do liceów, a potem na wyższe uczelnie. Jednym z powodów tego niepowodzenia jest fakt, że ich rodzice aż nazbyt często zabijają swoje poczucie nieszczęścia alkoholem. To poczucie nieszczęścia jest mordercze i ci, którzy się z niego wyrywają, wydają się doskonale wiedzieć, że muszą fizycznie uciec z miejsca, w którym opowiadanie o swoim nieszczęściu jest głównym tematem rozmów.

Szczęście to nie tylko wymkniecie się nieszczęściu, to spełnienie marzeń, a marzenia się zmieniają. Marzenie o kromce chleba, o cieple, o bezpieczeństwie, o tym, żeby dziecko przeżyło chorobę, żeby dziecko mogło pójść do szkoły, ustąpiły marzeniom innym. Przez lata prowadząc w gimnazjum dziennikarskie warsztaty dopytywałem o marzenia. Próbowałem rozbudzać marzenia, stawiałem sobie samemu pytanie, dlaczego marzenia tych dzieciaków nie sięgają gwiazd, dlaczego kuszą ich banalne skargi, powtarzanie głupstw o braku szans, o coraz gorszym świecie i o tym, że wszyscy inni mają od nich lepiej. Zabawne, bo część z nich już zaszła dalej niż marzyli.  

Pytanie Michała, czy jesteśmy szczęśliwsi, tłukło się w moim mózgu i mieszało z pytaniem, czy można zrobić warsztaty lepszych marzeń? Głośnego mówienia o marzeniach, uczenia logistyki spełniania marzeń, odwagi dążenia do czegoś, co wydaje się niemożliwe.

Kiedy porównuję moje życie do życia mojego ojca, do którego jestem tak bardzo fizycznie podobny, uświadamiam sobie jak absurdalne jest to pytanie czy jesteśmy szczęśliwsi.

Zatrzymałem wzrok na doniesieniu o doktorze Godwinie Godfrey’u Sharau, który jest czasowo w Izraelu, gdzie przeprowadził już pond 1000 operacji serca. To tylko przygotowanie do tego, żeby móc wrócić do Tanzanii, gdzie nie ma ani jednego pediatry kardiochirurga i gdzie jest ponad 150 tysięcy zdiagnozowanych przypadków dzieci z wadami serca. Większość tych dzieci umiera w ciągu kilku miesięcy, a w najlepszym przypadku w ciągu kilku lat od diagnozy, większość tych dzieci można uratować przeprowadzając operację.

Droga doktora Godwina była długa. Wspinał się dwukrotnie na Kilimandżaro, żeby zwrócić na siebie uwagę i zdobyć sponsorów, pisał listy i artykuły, zdobywał kolejne dyplomy.

Urodzony u podnóża Kilimandżaro, pięć lat temu dotarł do Tel Awiwu marząc o tym, że pewnego dnia stworzy w Tanzanii oddział, na którym będzie można operować wady serca dzieci z jego kraju. Potrzebni byli lekarze, wykwalifikowany personel pielęgniarski, budynek, wyposażenie.

W Izraelu słynna izraelska organizacja Save A Child's Heart podjęła się przeszkolenia dodatkowych sześciu osób z Tanzanii, w tym czterech lekarzy, pierwsi mali pacjenci z Tanzanii dzięki finansowej pomocy ludzi z całego świata przywożeni są do szpitala w Tel Awiwie.

Marzenia marzeniom nie są równe, doktor Godwin, jest coraz bliżej spełnienia swojego marzenia i ma nadzieję, że pod koniec roku placówka ratująca dzieci z chorobami serca zacznie funkcjonować. Wie, że w najlepszym przypadku uratuje dziesiątki, a tysiące nadal będą umierać. Wie, że nie będzie szczęśliwy, opowiada o radości, kiedy w jego szpitalu w Tanzanii mijał dzień bez kolejnej śmierci na oddziale i o swojej zazdrości, że w szpitalu w Tel Awiwie zgony małych pacjentów oddzielają zwykle całe miesiące.

Oglądałem film o operacji sześcioletniej Salmy. Wciągnęła mnie opowieść o działalności organizacji Save A Child's Heart, która od swojego powstania w 1995 roku zapłaciła za operacje 3200 dzieci z 46 krajów, z tego połowę stanowią dzieci arabskie, z Autonomii Palestyńskiej, z Jordanii, Iraku, Maroko i Syrii.


Doktor Godwin Godfrey Sharau przygotowuje sześcioletnią Salmę Saidi Issack 
do operacji na otwartym sercu w Wolfson Medical Centre w Tel Awiwie.)

W dzień po operacji mała Salma była już wypisana z oddziału intensywnej opieki i siedziała na łóżku obok dzieci z Gazy, Iraku, Chin, które łączyć będzie podobna blizna na klatce piersiowej.

Jedno małe marzenie doktora Godwina zostało spełnione, czy jest szczęśliwy? Czy jest szczęśliwszy niż jego przodkowie? [ 1 ]

Marzenia są różne, czytelniczka informuje nas na Fb, że marzy, żebyśmy w „Racjonaliście" nie informowali jej o głodujących dzieciach w Indiach. Artykuł, pod którym opisuje swoje marzenie traktuje co prawda nie tyle o głodzie, co o mających dramatyczne skutki niedoborach witaminy A oraz o możliwościach zaradzenia temu problemowi, gdyby nie romantyczni marzyciele, którzy są pewni, że świat będzie lepszy, jeśli to uniemożliwią, i przeżywają swoje momenty szczęścia, kiedy udaje im się wepchnąć kij w szprychy. Marzenie pani Joanny jest inne, po prostu nie chce wiedzieć, sądzi, że ją zmuszamy ją do czytania czegoś, czego czytać nie chce.

Michał mówił o świecie, w którym nie sposób dotrzeć do prawdy, w którym informacja jest zawsze próbą manipulacji. Zdobywanie informacji nigdy nie było łatwe, zawsze wymaga wysiłku, zawsze wymaga gotowości zrewidowania naszych poglądów. Mamy dziś większy dostęp do informacji niż mieliśmy kiedykolwiek. Czy znaczy to, że jesteśmy lepiej poinformowani? Jesteśmy lepiej wykształceni niż poprzednie pokolenia, dysponujemy znacznie lepszymi narzędziami, co oznacza, że każdy (lub niemal każdy) może dotrzeć do wiedzy, która wcześniej była dostępna tylko elitom. To nie znaczy, że rzadziej jesteśmy w błędzie. To znaczy tylko, że mamy znacznie większe niż kiedykolwiek wcześniej możliwości poszukiwania prawdy. Czy ma to coś wspólnego z szczęściem? Mówi się, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Kiedy szukamy szczęścia przez pomaganie innym, rzetelna informacja może być kluczem do skuteczności.

Michał jest zdolnym informatykiem, ale marzy o wyjeździe do Afryki i uczeniu tamtejszych rolników organicznego rolnictwa. Wydaje się nie wiedzieć, że pod naszą szerokością geograficzną organiczne rolnictwo to tylko nieszkodliwe hobby bogatych ludzi, ale w Afryce to jest romantyczna propozycja przedłużenia niedoborów żywności. Mam wrażenie, że nie zawsze jest szczęśliwy ze swoją codzienną, jak zwykle dość monotonną pracą. Jest to zapewne inne uczucie znużenia niż to, które odczuwali nasi przodkowie.

Uczucie nieszczęścia może być spowodowane tym, co robią inni ludzie wokół nas. Czytałem dziś skargę liberalnego duchownego szyickiego z Iraku, który jest przerażony potęgującymi się z dnia na dzień religijnymi napięciami na Bliskim Wschodzie. Zaledwie delikatnie dał do zrozumienia, że gdyby sunnici i szyici nie mordowali się wzajemnie, jak wielu Żydów mogliby zamordować.          

Nie wiem, czy jesteśmy szczęśliwsi niż nasi przodkowie, w naszej części świata mamy więcej możliwości, żeby próbować nadać sens naszemu życiu, mamy więcej czasu na to, żeby czuć się nieszczęśliwymi. Dzięki nauce zdobycie żywności, żeby przeżyć kolejny dzień, nie wypełnia już naszego czasu bez reszty. Możemy wybierać drogę do szczęścia, a kłopoty z wyborem mogą być źródłem depresji. Chyba, że ktoś, jak doktor Godwin, ma inne troski.


 Przypisy:
[ 1 ] Wywiad z doktorem Godwinem można po angielsku przeczytać tu: Mission to mend broken Tanzanian hearts