Badania psychologiczne dowodzą, że większość decyzji podejmujemy impulsywnie i dopiero potem dorabiamy do nich teorie. Wiem o tym jako kierowca, zdawałem sobie z tego sprawę uprawiając sport. Wiedzą o tym doskonale księża, trenerzy sportowi czy instruktorzy w wojsku, całkowicie świadomie wyrabiający automatyzm reakcji. Można powiedzieć, że istnieje zasadnicza różnica między sytuacją, w której decydują ułamki sekundy, i sytuacją, w której mamy czas na przeanalizowanie różnych za i przeciw. Nie jest to jednak aż takie proste.

Długo podejrzewano, że najwięcej racjonalizmu (lub jak kto woli, chłodnej kalkulacji) kryje się w naszych zachowaniach ekonomicznych. Nawet jeśli najwięcej, to jest to racjonalizm wątpliwej jakości. Jak wykazują badania i na tym polu znajdujemy się pod niesłychaną presją czynników irracjonalnych. Okazuje się, że dążenie do optymalizacji korzyści nie jest ani oczywiste, ani łatwe do zdefiniowania. Poczucie sprawiedliwości bardzo często „każe” ludziom wyżej cenić zemstę niż zysk, przyjemność dzielenia się skłania niejednego do częściowej lub całkowitej rezygnacji z zysku, instynkt stadny bardzo często przekreśla trzeźwość kalkulacji, podatność na reklamę może zmieniać racjonalność naszych zachowań ekonomicznych w parodię.

Powtarzające się kryzysy gospodarcze są nieodmiennie konsekwencją dwóch typów zachowań – irracjonalnego optymizmu, że istniejący dobry trend będzie trwał nieprzerwanie (ogromna liczba ludzi inwestuje w intratny w danym momencie towar, pożycza pieniądze na te inwestycje, w głębokim przekonaniu, iż zwrócą się one przynajmniej dziesięciokrotnie), by w momencie załamania pogłębić kryzys wybuchem irracjonalnej paniki oraz powszechną akceptacją samospełniającego się proroctwa, że będzie jeszcze gorzej. (Oczywiście w czasach wielkiego optymizmu żądamy łatwego dostępu do kredytów, kiedy przychodzi czas wielkiego pesymizmu, oskarżamy banki o chciwość i łajdackie przyzwolenie nam na naszą lekkomyślność.)

Nie jestem pierwszym, który twierdzi, że racjonalizm Homo oeconomicus jest mocno przereklamowany. Homo habilis myślicielem nie był, a racjonalność jego zachowań polegała przede wszystkim na umiejętności robienia i wykorzystania bardzo prymitywnych narzędzi oraz tworzenia coraz bardziej skomplikowanych koalicji, pozwalających na przechytrzenie silniejszego przeciwnika. Homo habilis nie wierzył w rozum, ale z pewnością używał go skutecznie dla zwiększenia swoich szans przetrwania. Homo politicus natomiast jest wyraźnie obecny również wśród szympansów.

Johan Huizinga uważał, iż trudno zrozumieć nasze zachowania, jeśli nie przyjrzymy się uważnie Homo ludens . Zdawać by się mogło, że jeśli stosunkowo najczęściej zachowujemy się racjonalnie jako Homo oeconomicus , to jako Homo ludens jesteśmy od racjonalizmu najdalsi. Czy rzeczywiście? Homo ludens nie jest istotą aż tak irracjonalną, jakby się mogło zdawać. U młodych osobników widzimy niezwykle przemyślne zabawy w role, pozwalające na uzyskanie niezbędnej motywacji i sprawności w wieku późniejszym. (Oglądałem niedawno filmy z palestyńskiego przedszkola, w którym sześcioletnie dzieci przygotowywały się do roli męczenników zabijających niewiernych.) Zabawa dorosłych jest bardzo często połączona z głęboką intelektualną analizą otaczającego świata i świadomymi próbami złagodzenia towarzyszących nam napięć psychicznych. Warto tu zwrócić uwagę na fakt, że nie tylko znani komicy czy satyrycy należą bardzo często do szczególnie bystrych obserwatorów otaczającej nas rzeczywistości, również w życiu codziennym osoby uważane za dowcipne są niemal zawsze postrzegane jako szczególnie inteligentne. Nie ma nic bardziej błędnego niż wyobrażenie, że racjonalizm powinien kojarzyć się z ponuractwem.

Homo faber rzadko jest podejrzewany o racjonalizm, irracjonalizm człowieka pracującego wydaje się mieć swoje źródło w tym, iż większość koncentruje swoją uwagę na oczekiwaniu końca dnia pracy (do której to czynności przygotowywani jesteśmy w szkole przez oczekiwanie na koniec lekcji); drugim źródłem irracjonalności Homo faber jest dążenie do awansu, zaś strategie dążących do awansu zorientowane są zazwyczaj na pozyskanie przychylności oceniających, a więc powraca tu Homo politicus z jego tendencją do tworzenia koalicji i manipulacji. (Ponieważ oczekujący na koniec dnia bezwolnie dostosowują się do oczekiwań dążących do awansu, poziom irracjonalności Homo faber jest znacznie wyższy niż poziom irracjonalności tych samych jednostek poza miejscem pracy.)

Rozpowszechniona i niepozbawiona pewnych podstaw opinia, iż homo homini lupus est – wydaje się być zabójcza dla racjonalizmu naszych zachowań społecznych. Racjonalny egoizm podpowiadałby raczej, że pewien kredyt zaufania oraz inwestycja w altruizm nie tylko zwiększa nasze szanse przetrwania, ale również daje okazję do zachowania pogody ducha, jak i uzyskania sukcesu ekonomicznego. Uśmiech na dzień dobry wydaje się być czymś znacznie bardziej racjonalnym niż pałka. (Racjonalizm pałki jest ograniczony, aczkolwiek nie jest pozbawiony pewnego uroku w warunkach obrony koniecznej.) Pojawia się tu kwestia racjonalizmu moralności. Z niewielkimi wyjątkami widzimy ograniczenia nakazów moralnych do rodziny, klanu, plemienia i współwyznawców. Raczej mamy tu do czynienia z systemami moralnych zobowiązań niż moralnych zasad, co niebywale komplikuje rozstrzyganie dylematów moralnych na gruncie racjonalności.

Wszystko to byłoby znacznie prostsze, gdyby istniała jakaś perspektywa racjonalizmu w komunikacji interpersonalnej. Na tym polu racjonalizm wygląda wyjątkowo mizernie. Mamy stałą tendencję do wybiórczej akceptacji faktów, z zadziwiającą łatwością potrafimy dopasować rzeczywistość do przyjętych z góry założeń. Ostatnio na przykład jesteśmy świadkami awantury o zdjętą przez papieża ekskomunikę z lefebrystów; a postacią, która znalazła się w świetle reflektorów jest biskup Williamson negujący zagładę Żydów w Auschwitz. (Cały ten ruch jest skażony zwierzęcym antysemityzmem i ten biskup nie jest tu żadnym wyjątkiem.) Mamy tu jednak klasyczny przykład elastyczności ludzkiego umysłu, który doskonale potrafi eliminować z pola widzenia wszelkie niewygodne fakty. Możliwości dostosowywania rzeczywistości do naszych poglądów wydają się nieograniczone i rzecz jasna racjonalizacje są śmiertelnym wrogiem zarówno racjonalności, jak i komunikacji zmierzającej do uzgodnienia, co właściwie wokół siebie widzimy.

Czy można powiedzieć, że racjonalizm jest próbą rezygnacji z silnych przekonań na rzecz faktów? Takie stanowisko jest oczywistym zagrożeniem dla międzyludzkich więzi, zaś oczekiwanie, że stanie się ono powszechne, jest oczywistą utopią. Czy to oznacza, że racjonalizm jest bez szans? Tylko w tym rozumieniu, iż absurdalne byłoby oczekiwanie, że obecne królestwo bozi na ziemi zastąpione zostanie królestwem Rozumu. Wiara w rozum nie jest wiarą objawioną, przeciwnie, opiera się na długotrwałych i wszechstronnych obserwacjach, silnie popierających hipotezę, że warto go używać. Racjonalizm to światopogląd dający prymat faktom nad wiarą, albo raczej ruch zmierzający do zmiany proporcji, do zwiększenia udziału zachowań opartych na akceptacji obserwowalnych i mierzalnych faktów w ogólnej puli naszych zachowań.

W poprzednim artykule traktującym o grze w pomidora dla dorosłych, pisałem o szczególnym przypadku dostosowywania rzeczywistości do potrzeb wiary, jakim jest silna wiara religijna. Pastor Kmieć napisał  w komentarzach po tym artykule:

Rzeczywiście — na założeniach ateisty — wszelka debata i dyskusja musi przypominać grę w pomidora. W świecie, o którym mówi ateista (materia w ruchu) nie możemy liczyć na żadne rozstrzygnięcia jakiegokolwiek sporu. Gdyż w takim świecie nie ma żadnego uzasadnienia dla prawdy, praw logiki (niematerialnych, uniwersalnych, niezmiennych, abstrakcyjnych, itp), etyki (dlaczego powinniśmy wybierać prawdę?), czy też praw przyrody (dlaczego słońce miałoby jutro wzejść? Skąd bierze się ta zadziwiająca przewidywalność — "jednostajność" w przyrodzie — jak ją nazywał B. Russell). Pozostaje jedynie gra w pomidora. Prawda nie ma znaczenia. Tak więc, Pan Koraszewski musi najpierw pożyczyć mój światopogląd by następnie był nawet w stanie argumentować przeciwko niemu.

Spróbujmy na moment przyjąć założenia pastora Kmiecia. Jest to założenie, które wymaga niejednej, a kilku hipotez roboczych. Pierwszą z nich jest samo istnienie Boga. Jest to byt z definicji niepoznawalny, nie poddający się laboratoryjnym próbom i w związku z tym dość dowolnie postrzegany.

Nie wiem, czy pastor Kmieć pochodzi z rodziny od pokoleń pielęgnującej protestancką (a dokładniej kalwińską) wizję Boga, czy też przeszedł na protestantyzm z innego wyznania, istotne tu jest istnienie tysięcy odmiennych wizji Boga. Interesująca jest tu również sprawa nawróceń. Jak pamiętamy z historii głównych religii monoteistycznych aspirujących do uniwersalności, w przeszłości pojawiała się silna sekta, która osiągnąwszy pewną masę krytyczną rozpoczynała nawracanie przez podbój. Racjonalność wiary w tego, a nie innego boga miała w krajach podbitych walor racjonalności ekonomicznej. Pamiętajmy również, że w teokracjach próba zmiany wizerunku boga była nieodmiennie szkodliwa dla zdrowia. (Żyjemy w pięknych czasach i w sympatycznym miejscu, w którym zmiana wizerunku boga pociąga za sobą stosunkowo łagodną sankcję konfliktu z najbliższym otoczeniem, przy czym nierzadko najbardziej dolegliwa jest tu perspektywa wyrządzenia przykrości babci.)

Pastor Kmieć (zapewne we wczesnej młodości) wybrał karierę zawodową pośrednika między zwykłymi śmiertelnikami a Panem Bogiem. Oczywiście nie jest to byle jaki Pan Bóg. Nie jest to Pan Bóg Jana Pawła II, ani Ojca Rydzyka, ani Allach, ani Bóg prawosławnych, ani nawet (broń boże) Bóg liberalnych anglikanów, ani luteranów… Tę listę możemy ciągnąć bardzo długo, bowiem Bóg pastora Kmiecia ewoluował długo i jest dostosowany do określonego środowiska. Logika wiary w tego akurat Boga jest logiką darwinowską.

Przyjmując hipotezę boga jako hipotezę roboczą, muszę zdecydować się na jakąś jego wersję. Załóżmy, że przyjmiemy tu model Pana Boga używany przez pastora Kmiecia (Model p.k.k-2009, czyli protestancki, kalwiński, kreacjonistyczny, najnowszy i udający zainteresowanie nauką). Główną cechą tego modelu jest dosłowne traktowanie Biblii i silna potrzeba nagięcia informacji dostarczanych przez naukę do biblijnego mitu. Bóg stworzył ziemię kilka tysięcy lat temu, Prawda zawarta jest w słowach bożych, prawdą w nauce jest to, co się z Biblią zgadza, fałszem jest wszystko, co słowa boże kwestionuje. Tu każdy fakt dostarczony przez naukę jest równie łatwo podważalny jak istnienie jakiegoś Auschwitz.

Przyjmując roboczą hipotezę tego Boga, zmuszeni jesteśmy do zaakceptowania przyspieszonego tempa formowania się warstw geologicznych, znalezienia stosownego wyjaśnienia dla pochodzenia diamentów i węgla, utopienia dinozaurów w trakcie potopu, bo nie mieściły się już na arce Noego [ 1 ], odrzucenia istniejącej wiedzy o hominidach, wzruszamy ramionami na wędrówkę kontynentów – innymi słowy mamy umysł tak otwarty, że rozum z niego wypada na każdym zakręcie. Przyjmuję roboczo tę całą koncepcję z dobrodziejstwem inwentarza i zatrzymuję się przy tym Bogu będącym źródłem dobra i ładu. Ten to Bóg lepi kota i mysz; ten Bóg tworzy każdy gatunek osobno, do mordowania i zjadania przez inne gatunki, ten Bóg lubuje się w okrucieństwie, wymyśla różne osy składające jaja w żywych gąsienicach (lub w ludzkim oku), wymyśla pasożyty mieszkające w trzewiach, w skórze, we włosach, korzysta z nanotechnologii pracy w glinie, by stworzyć wirusy i bakterie (oczywiście nie informuje o tym stworzeń ulepionych na swoje podobieństwo, iżby zbudować fundament moralności opartej na przekonaniu, że zarazy i inne nieszczęścia są karą z grzechy wobec Pana). Profil psychologiczny tego modelu Pana Boga nie wzbudza wielkiej sympatii, ale nie o sympatię tu idzie, a o sens życia i o Prawdę. Przy przyjęciu tej hipotezy roboczej Prawdą jest Bóg, a reszta jest iluzją. Konsekwencją przyjęcia tego modelu Pana Boga jest niechęć lub zgoła nienawiść do każdego, kto odrzuca Prawdę.

Piłat był poganinem (a raczej wyznawcą Prawdy o bogach rzymskich), postacią bez wątpienia historyczną, ale jego spotkanie z Chrystusem to zdarzenie opisane przez historyków jakich obserwujemy dziś na pęczki (np. w IPN). Podobno wydając Chrystusa w ręce katów miał powiedzieć Ecce homo . O ile nie wiemy, czy ta scena rzeczywiście miała miejsce i czy właśnie tak wyglądała, to mamy niezliczoną ilość dowodów na to, że te słowa (lub słowa o tym samym znaczeniu) wypowiadali setki tysięcy razy zawodowi pośrednicy między Bogiem a śmiertelnikami.

Domyśla się Pan, pastorze, że wolę twardo stąpać po Ziemi, po tej drobinie pędzącej w niezmierzonych przestworzach do nikąd i nadawać sens swojemu krótkiemu życiu kierując się innymi prawdami niż Pańska. Zamiast owej Prawdy o Pańskim Bogu wolę zwykły szacunek dla drugiego człowieka i kruchą nadzieję, że możemy w większym stopniu niż dotąd kierować się rozumem. Jestem świadom wszystkich ograniczeń racjonalizmu, nie chciałbym jednak opierać sensu czegoś tak niepowtarzalnego jak nasze istnienie, na tak ewidentnym fałszu jak hipoteza twórcy pasożytów. Homo sapiens stać na ciekawsze hipotezy.

Być może racjonalizm jest bez szans, ale szansą jest samo działanie na rzecz tego, aby w otaczającym nas świecie było więcej racjonalności, a mniej karkołomnych racjonalizacji, czyniących z sympatycznych ludzi istoty zdolne do porozumiewania się tylko i wyłącznie z innymi ludźmi żyjącymi w tym samym wyuczonym urojeniu.


 Przypisy:
[ 1 ] Innym powodem wyginięcia dinozaurów mógł być kosmiczny śmiech Pana Boga, kiedy wpadł na pomysł kukułki podrzucającej swoje jaja innym.