W przeprowadzonych niedawno badaniach nad prestiżem zawodów polityk uznany został za najniższą i najbardziej żałosną formę ludzkiej egzystencji. Nie ma tu już żadnego rozróżnienia między politykiem postkomunistycznym czy postsolidarnościowym, lewicowym czy prawicowym, znanym i siedzącym mocno u żłobu, czy terenowym. Przez zdecydowaną większość badanych polski polityk uznany został za najbardziej żałosną kreaturę pod słońcem. Nie ma się z czego cieszyć, bo politycy nie znikną, muszą być, potrzebujemy ich i jako wyborcy musimy coś zrobić, żebyśmy nie mieli tego ciągłego poczucia, że wybieramy między jednym warchołem a drugim, czy też, żebyśmy w ostatecznej rozpaczy nie doszli do wniosku, że w dniu wyborów najlepiej zostać w domu. Prawdę powiedziawszy, nie jestem dobrej myśli i miło jest czasem po lekturze krajowych gazet zanurzyć się w nieco innym żywiole.

Zdaniem ukrywającego się za pseudonimem Bagehot, felietonisty tygodnika „The Economist", brytyjska Nowa Lewica czuje się niedoceniona i niedoceniana. Większość komentatorów oczekuje, że Partia Pracy bez trudu wygra zapowiadane na maj wybory do parlamentu, a ponieważ byłoby to trzecie z rzędu zwycięstwo, więc już to samo jest ogromnym sukcesem. Partia Konserwatywna zrobiła wszystko co w jej mocy, aby nie wracać do łask wyborców, zaś wielu tradycyjnych sympatyków lewicy zarzuca Partii Pracy, że głównie zajmuje się pielęgnowaniem ogrodu założonego przez panią Thatcher.

Felieton Bagehota zatytułowany jest: „Zgódźmy się wszyscy z Labour". Autor zauważa, że w minionych latach określenie „sprawiedliwość społeczna" było czymś niemal wstydliwym. Po ekscesach państwa opiekuńczego ideologia wtórnego podziału dochodu narodowego nie była chodliwym towarem. Obecnie pojawia się jednak nowa retoryka. Premier i ministrowie coraz częściej mówią o konieczności powstrzymania spadku społecznej ruchliwości oraz przełamania obecnej tendencji umacniania się wielopokoleniowych enklaw ubóstwa. Głównym celem Nowej Lewicy przed wyborami jest szeroko pojęta opieka nad dziećmi. Politycy brytyjskiej lewicy stwierdzają dziś, że o życiu człowieka decyduje to, co dzieje się między narodzinami a pierwszym dniem w szkole. Fakt, że urodziłeś się w tej rodzinie, a nie w innej nie może przekreślać twoich szans w dorosłym życiu. Wszystko wskazuje na to, że właśnie to hasło stanowić będzie samą podstawę wyborczego manifestu Partii Pracy.

Na zupełnie innym planie od lat toczą się spory o to jaki wpływ ma na człowieka biologia, to co dziedziczymy, i jak dużo można zmienić poprzez wychowanie. Wiemy już, że nigdy nie dostaniemy na to pytanie pełnej odpowiedzi i wychowanie jest zaledwie (aż) obróbką tego co odziedziczone, ale jeśli jest jakaś nadzieja na redukcję enklaw wielopokoleniowego ubóstwa i zaniedbania, to właśnie przez poszukiwanie dróg stymulacji intelektualnej dzieci, które tej stymulacji mają obecnie najmniej. Ludzki głos, ludzki śmiech, ludzkie ciepło, wspólna zabawa, kontakt z książką, zabawką, komputerem, pozwalają na znaczną poprawę wykorzystania tego, co odziedziczyliśmy po rodzicach w drodze biologicznej. Brytyjska lewica zapowiada próbę powszechnego wsparcia przede wszystkich dla dzieci społecznie zaniedbanych. Czy ma szanse na odwrócenie obecnego trendu? Można zmienić to pytanie — czy warto było walczyć o powszechną oświatę? Przecież nie wszystko wyszło tak jak oczekiwaliśmy.

Podczas gdy brytyjscy socjaliści zastanawiają się nad próbą otoczenia szczególną opieką państwa dzieci najmłodszych, w Polsce odkrywamy, że regres ruchliwości społecznej (mierzony chociażby ustawicznym spadkiem kandydatów na studia dzienne z rodzin wiejskich i robotniczych) będzie się zapewne pogłębiał. Jeśli wierzyć pedagogom utrzymującym, że im niższe wykształcenie rodziców, tym dla przyszłego powodzenia dziecka w szkole ważniejsze jest chodzenie do przedszkola, od piętnastu lat robimy wszystko co w naszej mocy, żeby społeczną ruchliwość ograniczyć bardziej niż była ona ograniczona w czasach komunistycznych.

Ogłoszone przez „Gazetę Wyborczą" badania Fundacji Rozwoju Dzieci im. Jana A. Komeńskiego informują, że zaledwie 13 procent dzieci z polskich wsi chodzi do przedszkola. Nie podano tu już struktury wykształcenia rodziców, a więc nie widzimy tego, co dla mieszkańców wsi jest oczywiste, że wśród dzieci wiejskich chodzących do przedszkola prawie sto procent rodziców ma maturę lub wykształcenie wyższe niż średnie. Krótko mówiąc im niższe wykształcenie rodziców i im niższe dochody rodziców, tym większa pewność, że dziecko zacznie mieć kontakty z środowiskiem zewnętrznym dopiero w szkole.

Różnice geograficzne są tu też interesujące. Podczas gdy na Opolszczyźnie prawie czterdzieści procent wiejskich dzieci w wieku 3-5 lat chodzi do przedszkoli, to w województwie podlaskim tylko 3,18 procent. Im biedniejsze województwo, tym niższy odsetek wiejskich dzieci chodzących do przedszkoli. (A więc i większe szanse na to, że za trzydzieści lat różnice dzielnicowe będą większe, a nie mniejsze.)

W tym miejscu możemy zadać kilka dalszych pytań — jak wyglądają te przedszkola, kim są przedszkolanki, kto zatwierdza program przedszkoli i kto nadzoruje realizację tych programów?

Niedawno para młodych znajomych z dość dużego miasta poszukiwała dla swojej córki przedszkola, które nie byłoby wyłącznie przechowalnią ograniczającą swoje funkcje do karmienia, kilku monotonnych zabaw i indoktrynacji religijnej. Po długich poszukiwaniach zdecydowali się na umieszczenie dziecka w przedszkolu prowadzonym przez zakonnice, ponieważ tam owej indoktrynacji religijnej było jeszcze stosunkowo najmniej, a bardziej urozmaiconych zabaw nieco więcej. (Jedno pewne — przedszkola bez religijnej indoktrynacji w Polsce nie istnieją.)

Nasi politycy próbują przełamać powszechną niechęć do siebie nasilając radykalizm, obiecując rewolucyjne harce, szarpanie cuglami i inne sztuczki. Ich programów wyborczych nikt nie studiuje, bo też nikt nie słyszał o tym, aby kiedykolwiek w przeszłości miały one jakiekolwiek znaczenie praktyczne. Czy partia polityczna, która uznałaby dostęp do przedszkoli za fundament swojego programu, miałaby szansę na pozytywną ocenę w oczach wyborców? Nie jestem o tym przekonany. Jestem natomiast przekonany o tym, że jeśli za trzydzieści lat Polska ma być inna niż dziś, trzeba dziś wyciągnąć rękę do ludzi, którzy uzyskają prawo głosu za lat szesnaście.

Nawiasem mówiąc, pisałem niedawno do zaprzyjaźnionej nauczycielki z Włoch, że Comenius (Komeński), który na całym Zachodzie uznawany jest za twórcę nowożytnej pedagogiki i który ponad trzydzieści lat swojego życia spędził w Polsce, w moim kraju jest praktycznie rzecz biorąc zupełnie nieznany. No cóż, zawsze mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie niż myślenie o szkołach innych niż jezuickie.