WSTĘP

Andrzej Koraszewski

Dariusz Kot pisał tu niedawno o debatach między wierzącymi i niewierzącymi. Z pewnością takie dialogi są trudne, ale nie niemożliwe. Poniższy tekst jest prezentacją takiej próby dialogu między muzułmaninem a ateistą.

3 lutego 2012, równolegle na łamach portalu „Euroislam" oraz portalu „Racjonalista" ukazał się tekst Jana Wójcika pod tytułem „Islamonozja, czyli niedobrze mi się robi, gdy…". Autor pisał co myśli o zaproszeniu do dyskusji pod tytułem: „muzułmanie -islamofobi". W odpowiedzi na tę publikację Jan Wójcik otrzymał następujący list od polskiego muzułmanina Macieja Kochanowicza. Autor

kończył swój tekst słowami:

...żyjemy w jednym kraju, dzielimy jedną przestrzeń publiczną i musimy w niej koegzystować, choćby nasze poglądy były o 180 stopni odmienne.

W związku z tym wszystkich chętnych zapraszam do dołączenia do grupy dyskusyjnej „Dialog muzułmańsko-.....?").

Tekst ukazał się w Racjonaliście 17 lutego 2012r z moim redakcyjnym komentarzem :

Jan Wójcik zapytał mnie czy opublikujemy Pana głos. Nie tylko chętnie publikujemy, ale mamy nadzieję, że będzie Pan chciał zabierać głos na naszych łamach częściej. Od lat z największą radością publikujemy głosy muzułmanów sprzeciwiających się radykalnemu, politycznemu islamowi i rozumiejących, że taki islam jest zagrożeniem również dla nich. Dialog między ludźmi, którzy się nawzajem akceptują, jest możliwy. Odkrywa się wówczas ogromny obszar tego co łączy, nieodmiennie pozostaje ogromny obszar tego co dzieli, ale o czym można rozmawiać bez złości, nawet wtedy, kiedy docieramy do ściany i okazuje się, że w tej czy tamtej sprawie każdy pozostanie przy swoim zdaniu. Nie w tym rzecz, bo to co najważniejsze to umieć żyć przyjaźnie pod jednym dachem. Odpowiedź wymagałaby dużego artykułu o podziale kwestii do dyskusji, tu jednak chciałbym tylko podziękować za przesłanie tego tekstu.

Tego samego dnia poprosiłem o przyjęcie go do grupy dyskusyjnej Dialog muzułmańsko -....? Podejmując ten apel pisałem:

Czy istnieje dziś jakiś osławiony konflikt cywilizacji, a jeśli tak, to jak te cywilizacje definiować? Dla mnie nie jest to konflikt chrześcijaństwo-islam, ani Zachód — Trzeci Świat, raczej jest to konflikt świeckość versus państwo wyznaniowe. W tym konflikcie niewierzący są zazwyczaj po stronie świeckości, ale nie są tu sami, wierzących zwolenników państwa neutralnego światopoglądowo jest prawdopodobnie nawet więcej. Lęk przed islamem spowodowany jest głównie faktem, iż w dzisiejszym świecie odrodzenie ruchów zmierzających do państwa wyznaniowego tu jest najsilniejsze. Mam przyjaciół, muzułmanów i byłych muzułmanów, którzy dostrzegają to niebezpieczeństwo, bardzo ostro rozgraniczając religijny i polityczny wymiar religii.

Jako ateista jestem krytykiem każdej religii, co zupełnie nie przeszkadza przyjaźniom i współpracy. Jako zwolennik państwa światopoglądowo neutralnego setki razy podkreślałem, że celem takiego państwa jest gwarantowanie swobody wyznania, aby nikt nie czuł się w nim dyskryminowany. Więc na początek warto rozmawiać o wspólnym domu.

Maciej Kochanowicz odpowiedział:

Ponieważ pod świeckością wspólnego państwa podpisuje się oboma rękami, to może jako temat (by była jakaś kontrowersja): „czy islam jest zagrożeniem, choćby potencjalnym, dla Europy i Polski?", albo „czy muzułmanie są zdolni i gotowi do funkcjonowania w Polsce i Europie w taki sam sposób jak wierni innych wyznań?"

Andrzej Koraszewski:

Obawiam się, że obydwa tematy są zbyt szerokie. Mnie osobiście kusiłaby próba rozmowy o tożsamości, czyli wstępne hasło: nasze tożsamości nigdy nie są tak wygodne jakbyśmy sobie tego życzyli. Zaraz wyjaśnię o co chodzi — jako Polak nie mogę zapominać ani o Jedwabnem, ani o tym, że w świecie często postrzegają nas przez pryzmat działających na terenie innych krajów polskich przestępców. Jako ateista nie mogę udawać, że nie ma ateistów, którzy powiadają: rozstrzelać wszystkich księży, jako krytyk islamu, nie mogę zapominać o tych krytykach islamu, którzy mówią — wyrzucić wszystkich muzułmańskich imigrantów z Europy. Jako człowiek marzący o społeczeństwie tolerancyjnym muszę zdefiniować granice mojej tolerancji .

Dlaczego jest to dla mnie tak ważne? Bo światopogląd wydaje się być rodzajem munduru, a mundur informacją do kogo strzelać. Ja strzelać nie lubię. Dlaczego islam jest zagrożeniem dla zachodniej cywilizacji? Ponieważ część (niemała) muzułmanów dała się porwać hasłom takim jak „Islam zdominuje świat", czy „oni kochają życie, my kochamy śmierć". Islam przestanie być odbierany jako zagrożenie, kiedy znaczące ugrupowania muzułmańskie powiedzą głośno NIE dla takiego odczuwania muzułmańskiej tożsamości. Widzę takie grupy w Kanadzie, w USA, w Wielkiej Brytanii. Za mało, a co gorsza zbyt rzadko o nich słyszymy. Częściowo z naszej winy.

Maciej Kochanowicz:

Mnie pomysł dyskusji o tożsamości odpowiada, w szczególności, że dotyka on takiego niepokojącego zjawiska: wielu muzułmanów wobec zbrodni motywowanych islamem wybiera łatwą ucieczkę od odpowiedzialności: „to nie islam, my z tym nie mamy nic wspólnego". Tylko warto by ustalić, kto i o czyjej tożsamości ma dyskutować. Bo moje odczucie jest takie, że dyskutować o tożsamości warto „z wewnątrz" wśród tych, co ją podzielają, bo „z zewnątrz" tożsamości nie da się chyba zmieniać, a to wydaje się najważniejszym zadaniem każdej debaty o niej. Odpowiadam teraz, krotko, bo przez telefon i spoza Warszawy, w związku z tym będę mógł kontynuować wymianę opinii od wtorku. 

Andrzej Koraszewski:

Ja się w międzyczasie zawstydziłem tym swoim szybkim odrzuceniem Pańskich tematów i przy obieraniu ziemniaków spróbowałem sobie sformułować zaczyn odpowiedzi.

 "Czy islam jest zagrożeniem, choćby potencjalnym, dla Europy i Polski?" oraz „Czy muzułmanie są zdolni i gotowi do funkcjonowania w Polsce i Europie w taki sam sposób jak wierni innych wyznań?"

Nie tylko nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, ale obawiam się, że bylibyśmy skazani na jałowe spekulacje. Spróbujmy jednak odrobinę zmienić brzmienie pierwszego z nich: Dlaczego islam postrzegany jest jako zagrożenie dla Europy i Polski? Większość ludzi w obliczu tak postawionego pytania natychmiast w ten lub inny sposób nawiąże do zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku, Londynie, Madrycie i innych miejscach, by przejść do rosnącej w lawinowym tempie imigracji z krajów muzułmańskich i narastającej agresywności wojującego islamu widocznego na ulicach Londynu, Paryża, Malmoe i wielu innych miast europejskich. Znający problem nieco bliżej, mówić będą o muzułmańskich gettach nie tylko odpornych na integrację z nowym otoczeniem, ale również o niesłychanie silnej tendencji do ochrony zamkniętej w tych gettach społeczności przed kontaktami z kulturą gospodarzy.

Ta nasilająca się imigracja jest zaledwie konsekwencją rosnącej przepaści cywilizacyjnej. Na długo przed upadkiem imperium osmańskiego świat islamu zaczął tracić dystans do uciekającej mu Europy i Ameryki. Niektóre z tych krajów próbowały „dogonić i przegonić" sięgając po wzory radzieckie, co wyłącznie pogorszyło sytuację, inne próbowały kupić sobie nowoczesność bez głębokich reform społecznych. Na domiar złego, receptę na konkurencję z Zachodem znalazła Japonia, potem kilka innych państw azjatyckich Dalekiego Wschodu, a wreszcie Chiny i Indie. Muzułmańskie frustracje są dziś nie tylko bardzo głębokie, ale i w pewnym stopniu zrozumiałe.

Kiedy socjalizm i kupowanie nowoczesności za zyski z ropy naftowej zawiodły, hasło „islam jest rozwiązaniem" stawało się dla wielu coraz bardziej przekonujące. W XX wieku państwo wyznaniowe wydawało się anachronizmem również w świecie islamu. Kiedy powstała Islamska Republika Iranu trudno było sobie wyobrazić dalszy rozwój sytuacji. W Egipcie Bractwo Muzułmańskie było kontrolowane przez władze, a jego działacze często trafiali do więzień. Tylko bardzo uważni obserwatorzy zauważali jak zmieniała się ulica w Kairze i jak silne były powody, dla których Mubarak obawiał się wolnych wyborów.

Pokładano nadzieję w Turcji, ale Turcja nie stała się pierwszym krajem muzułmańskim, będącym częścią zachodniego świata.

Nie wiem, z czym należy to wiązać, ale im szybciej Chiny gonią Zachód, tym większe frustracje widzimy w Turcji, podobnie jest w Pakistanie, gdzie obsesyjny lęk przed Indiami wydaje się prowadzić do coraz większej paranoi.

Obserwujemy błędne koło — im większa przepaść cywilizacyjna, tym silniejszym magnesem jest Zachód, tym większa imigracja do krajów zachodnich tym, paradoksalnie, silniejsza obrona przed integracją, pogłębiona na domiar złego mniej lub bardziej uzasadnionymi lękami społeczeństw zachodnich.

Rosnący w siłę militarną i coraz bardziej sfrustrowany świat islamu budzi uzasadniony lęk na Zachodzie, równocześnie bezradność wobec dobrze zorganizowanego radykalnego islamu w środowiskach muzułmańskich imigrantów z konieczności prowadzi do coraz silniejszego poczucia zagrożenia i przyspieszenia obrotów błędnego koła, ponieważ narastające frustracje utrudniają poszukiwania strategii umożliwiających przynajmniej złagodzenie realnych problemów.

Innymi słowy — czy islam jest zagrożeniem dla Europy i Polski? Islam Ahmadineżada, Al-Kaidy, Bractwa Muzułmańskiego jest zagrożeniem dla islamu. Jeśli kraje muzułmańskie nie wejdą na drogę rozwoju gospodarczego, frustracje będą narastać i napięcia będą rosły.

Pytanie czy jest możliwość odwrócenia obecnego trendu? Nie wiem, słabość liberalnych nurtów w społecznościach muzułmańskich „tam" i „tu" jest bardzo deprymująca.

Maciej Kochanowicz:

Ja zaś jeszcze chwilę pomyślałem o tej kwestii tożsamości. Jeśli chcemy dyskutować o tożsamości to winniśmy dyskutować o jakiejś tożsamości, która nas łączy (bo mnie trudno wypowiadać się o tożsamości ateistów, czy krytyków islamu — to ich zadanie). Dlatego ciekawe wydawałoby mi się pytanie: „Jak obecność islamu w Europie wpływa na redefiniowanie tożsamości europejskiej?". Wydaje mi się natomiast, że pytanie „dlaczego islam jest postrzegany jako zagrożenie" jest pytaniem cokolwiek akademickim. Nie wiem też, czy Pan w swojej odpowiedzi odtwarzał to postrzeganie (wtedy mogę skonstatować — tak wiele osób tak postrzega świat islamu), czy raczej dał Pan odpowiedz na pytanie dlaczego faktycznie islam jest zagrożeniem. Jeśli to drugie — to chętnie się ustosunkuje, ale dopiero we wtorek. Jeśli zaś chodzi o BM to właśnie przeczytałem programowy tekst ich przywódcy duchowego Mohammada Badie w al- Ahram i myślę, że odniesienie się do tej publikacji byłoby zasadne.

Andrzej Koraszewski:

Zacząłem od tożsamości, gdyż od lat mam z tym problem. Ilekroć zastanawiam się kim jestem (jako członek takiej czy innej grupy) znajduję powód do zastrzeżeń, dlatego nigdy nie wypowiadam się jako przedstawiciel grupy, gdyż zbyt łatwo wpaść w kołowrotek wybielania lub usprawiedliwiania tego, co się w żaden sposób nie mieści w tym, co uznaję za przyzwoitość.

Tak, wolę akademicki problem pytania dlaczego islam postrzegany jest jako zagrożenie, a nie dlaczego jest zagrożeniem. Zagrożeniem jest islamofaszyzm, ale ten trend może zostać przez muzułmanów odrzucony. Pani Beata AK pyta, co to takiego islam Ahmadineżada. Cóż to jest prezydent Islamskiej Republiki Iranu (nawiasem mówiąc obecnie w ostrym konflikcie z Alim Chomeinim). Republika Iranu reprezentuje i eksportuje pewien model islamu i ma on całkiem sporo zwolenników w świecie. Z islamem jest ten sam problem co z chrześcijaństwem (ma wiele odcieni, w tym czarny). To samo z Bractwem Muzułmańskim, od zarania wiążącym nacjonalizm, populizm i religię w obietnicę polityczną. Wypowiedzi Karadawiego, oraz wielu członków kierownictwa tego ruchu (włącznie z Badiem) świadczą o pewnej elastyczności, ale w żadnym przypadku o umiarkowaniu. Badie jako Generalny Przewodnik BM wypowiada się sporo od dwóch lat i w żadnym przypadku nie ograniczałbym się do jego ostatniego expose (ani nawet do niego samego).

***

Użycie przeze mnie określenia „islamofaszyzm" wzbudziło gwałtowne protesty wielu uczestników tej grupy dialogowej. Próbowałem zatem wyjaśnić skąd to pojecie się wzięło i dlaczego używają go również niektórzy autorzy z świata muzułmańskiego:

Andrzej Koraszewski:

Islamofaszyzm — zacznijmy od Bractwa Muzułmańskiego, które wspólnie z bardziej radykalnymi partiami salafickimi zdobyło ponad 70 procent miejsc w egipskim parlamencie. W marcu 1948 roku amerykański dziennikarz ormiańskiego pochodzenia, John Roy Carlson, udając amerykańskiego zwolennika faszyzmu przeprowadził wywiad z Hassanem Al-Baną. (Patrz książka Cairo to Damascus).

Carlsona dziwił nieprawdopodobnie szybki wzrost szeregów sympatyków Bractwa. „Nauczali, że Koran ma być w jednej ręce i miecz w drugiej — pisze Carlson — Zrozumiałem dlaczego przeciętny Egipcjanin wielbił przemoc. Terror był tu synonimem władzy. To właśnie było powodem, dla którego większość Egipcjan, niezależnie od położenia społecznego, podziwiała nazistowskie Niemcy. To najlepiej wyjaśniało sensacyjny wzrost Bractwa. Poza Egiptem Al Banna symbolizował jedność muzułmańskich krajów połączonych w gigantyczne muzułmańskie mocarstwo, z nim jako kalifem, będącym religijnym i politycznym wodzem muzułmańskiego świata." [...]

Al-Banna — pisze Roy Carlson — utrzymywał swoich szpiegów wszędzie. Miał również specjalny szwadron śmierci, który likwidował politycznych oponentów. Kiedy nie spodobał mu się wyrok jednego z sędziów, kazał go zabić. Po tym zamachu szef kairskiej policji nakazał aresztowania wśród studentów, Al-Banna wydał rozkaz aby „dać mu nauczkę". Następnego dnia został zabity granatem podczas inspekcji na uniwersytecie. Kolejnym na liście był premier Nahmoud Fahmy el Nokraszy Pasza, który również zginął zabity przez zamachowca na rozkaz Al-Banny.

Wreszcie dochodzi do wywiadu.

"Al-Banna ubrany w europejski garnitur siedział pod emblematem z Koranem i dwoma mieczami. Mówił z nabożeństwem, głowa lekko przechylona na prawo, ręce skromnie spoczywające na kolanach.

Od pierwszego wejrzenia miałem do niego obrzydzenie. Był najbardziej obmierzłym człowiekiem, jakiego spotkałem w Kairze. Gamal siedział koło nas i tłumaczył.

"Koran powinien być naszą konstytucją, bo nie ma wyższego prawa nad prawo koraniczne — zaczął — Dążymy do wypełnienia wzniosłego przesłania islamu dla ludzkości, które w minionych wiekach przyniosło ludzkości szczęście i spełnienie. Mamy najwyższe ideały i najświętsze cele, a nasza droga jest najczystsza.

Ci którzy nas krytykują karmią się okruchami z europejskiego stołu. Chcą żyć tak jak Europa ich nauczyła — tańczyć, pić, obcować otwarcie i publicznie z drugą płcią."

Zapytałem go o jego stanowisko w sprawie kalifatu, pełnego zjednoczenia religii i państwa, muzułmańskiego odpowiednika religijnego totalitaryzmu.

„Dążymy do Arabskich Stanów Zjednoczonych z kalifatem i wszystkimi państwami arabskimi, które z całego serca podpisują się pod prawami Koranu. Musimy powrócić do Koranu, który naucza dobrego życia, który zabrania przyjmowania łapówek, oszukiwania, zabijania swoich braci. Prawa Koranu są dobre dla wszystkich ludzi, we wszystkich czasach do końca świata . To jest czas kiedy świat potrzebuje islamu najbardziej."

Przeskoczmy do czasów współczesnych. W kazaniu wygłoszonym w grudniu 2011r. i umieszczonym 20 grudnia na stronie internetowej BM ikhwanonline.com Przewodnik Generalny egipskiego Bractwa Muzułmańskiego Muhammad Badie, przedstawił wizję dla swojego ruchu i dla Egiptu w epoce porewolucyjnej. Mówił miedzy innymi:

"Na Szóstym Kongresie [Bractwa Muzułmańskiego jego założyciel, Hassan] Al-Bana zdefiniował dwa cele dla naszej błogosławionej organizacji: "… najbliższym celem, który staje się oczywisty i wydaje owoce, gdy tylko człowiek dołączy do Bractwa. Zaczyna się od oczyszczenia duszy, poprawienia zachowania i przygotowania ducha, umysłu i ciała na długą walkę… Drugi cel jest celem długoterminowym, który wymaga wykorzystywania możliwości, czekania na właściwy czas, czynienia przygotowań i planowania z góry. Wymaga totalnej reformy wszystkich dziedzin życia, w której powinny uczestniczyć wszystkie siły narodu, a także obejmuje zmiany i przekształcenie wszystkich istniejących warunków, tak aby państwo islamskie i Koran mogły znowu ożyć… [...]

Wysłuchajmy słów naszego zamęczonego przywódcy Hasana Al-Bany w jego przemówieniu do lojalnych członków, zarówno młodych, jak starych: „Musicie pohamować błędne pomieszanie emocji z racjonalnym myśleniem, pozwalając równocześnie, by płomień emocji oświetlił blask rozumu. Powinniście hamować wyobraźnię dokładnością prawdy i rzeczywistości, pozwalając równocześnie światłu wyobraźni na oświetlenie faktów. Nie odwracajcie się całkowicie ani od jednego, ani od drugiego. Nie walczcie ze sposobami świata, bo są one przemożne. Zamiast tego spróbujcie przezwyciężyć je, użyć ich, zmienić ich kierunek i wystawiać jedne z nich przeciwko innym…"

Czy to znaczy, że Bractwo Muzułmańskie odstąpiło od idei zjednoczenia narodu arabskiego, narodu islamskiego pod przewodem narodu egipskiego? Czy może zrezygnowało z celu jakim jest ostatecznie podbój świata dla islamu? Cóż studia nad wypowiedziami działaczy BM świadczą o czymś dokładnie odwrotnym.

A Iran. Proszę spojrzeć na mapę religii świata i zwrócić uwagę na to gdzie mieszkają sunnici i gdzie mieszkają szyici. Wokół Iranu widzimy pierścień wpływów religijnych promieniujących z Iranu. Irak, Pakistan, Afganistan, Bahrajn, dalej są już enklawy wśród których szczególnie ciekawy jest Liban. Hezbollah jest finansowany i kierowany z Iranu, Hamas jest odłamem Bractwa Muzułmańskiego. Konflikt między szyitami i sunnitami ma najbardziej krwawy charakter w Iraku, w Afganistanie i w Pakistanie. (Ktoś tu pisał, że go oburza samo słowo islamofaszyzm, mnie oburzają bomby w meczetach i bomby na jarmarkach Bagdadu, jednak moje oburzenie niewiele pomaga.)

Czy konflikt szyici — sunnici jest konfliktem religijnym czy narodowym? Jedno i drugie, jest konfliktem o imperialną dominację między dwoma totalitarnymi nurtami.

Najbardziej Iranu obawia się Arabia Saudyjska, głosząca, że jeśli Iran zdobędzie broń atomową, to oni też to zrobią. Jednak w kręgach Bractwa Muzułmańskiego pojawia się coraz więcej głosów domagających się przezwyciężenia animozji i połączenia sił w związku z łączącymi obydwa nurty wspólnymi celami.

***

Próba dyskusji w tej grupie dialogowej wykoleiła się ze względu na nadmiar emocji osób komentujących.

Andrzej Koraszewski:

Do Pana Macieja Kochanowicza.

Drogi Panie Macieju,

Na tym kończę próbę udziału w tym „dialogu", na taką zabawę nie mam ani ochoty ani czasu. Trochę żałuję i jeśli ma Pan ochotę na rozmowę, zapraszam na korespondencję prywatną (z możliwością jej późniejszej publikacji) poza zasięgiem wzroku i możliwości komentowania przez osoby postronne. (Kontakt ze mną przez redakcję „Racjonalisty").

Maciej Kochanowicz:

Pomimo tej gorącej wymiany opinii dotyczącej nazizmu i jego recepcji w świecie arabsko-muzułmańskim podczas mojej nieobecności, ja po prostu wrócę do punktu wyjścia i odpowiedzi na pytanie, o zagrożenie ze strony islamu dla Europy i dla Polski, jakiej udzielił Pan Andrzej Koraszewski.

Sprawdźmy więc po kolei wymienione elementy „postrzegania" islamu jako zagrożenia:

1. Kraje muzułmańskie są zacofane. I rzeczywiście: udział krajów muzułmańskich w ludności świata to ok. 20%, zaś udział w globalnym PKB jest poniżej 10%, a w produkcji naukowej jest jeszcze niższy. Skoro jednak kraje te są tak zacofane, to jak mogą być realnym zagrożeniem? Kraje Ameryki Łacińskiej, Czarnej Afryki, Indie również są zacofane. Czy je również należy uznać za zagrożenie?

2. Z tego zacofania wynika kilka kwestii. Pierwszą z nich jest imigracja o „niesłychanie silnej tendencji do ochrony zamkniętej w gettach społeczności przed kontaktami z kulturą gospodarzy". Zostawiając na boku pytanie o to, na ile imigranci muzułmańscy są w kontakcie z kulturą gospodarzy (starczy spojrzeć na listy laureatów nagród literackich czy filmowych by to ocenić) i przyjmując, że nie są, możemy się zastanowić, jak takie samoizolujace się getto może być zagrożeniem, skoro się samo odcina i zamyka? W Europie (i Ameryce Płn) jest ileś niezintegrowanych i zamkniętych społeczności. Od Amiszów i Menonitów w USA, przez społeczności i partie holenderskiego pasa biblijnego po wielomilionową społeczność Romów. Wiążą się z nimi na pewno liczne istotne kwestie społeczne, ale czy możemy twierdzić, że te grupy są jakimś zagrożeniem dla Europy li tylko z powodu swojego kulturowego zamknięcia?

3. Następną kwestią jest — zaznaczona tylko w tekście — frustracja muzułmanów płynąca z zacofania. Przyznam się, że z całego tekstu ten trop psychologiczny jest najciekawszy, ale nie jest jasne, co z tej frustracji ma wynikać. Wiele osób na całym świecie jest sfrustrowanych, z rozmaitych względów. Pewnie większość z nas doświadcza tego uczucia. Ale jak z takiej frustracji jakieś grupy ludzi, gdzieś poza Europą, ma wypływać zagrożenie dla niej?

Zastanówmy się więc nad innym poziomem frustracji nie mieszkańców państw muzułmańskich, a władz tych krajów. Pięćdziesiąt kilka rządów przekładających poczucie frustracji na wrogość wobec Europy byłoby dla niej realnym zagrożeniem. Jednak tylko bodaj dwa państwa muzułmańskie — Syria i Iran — wyrażają wrogość wobec państw europejskich. W Europie dwa kraje muzułmańskie (Turcja i Albania) są członkami euroatlantyckiej instytucji obronnej — NATO, dwa pozostałe (Kosowo i Bośnia), są de facto europejskimi protektoratami. Także inne kraje muzułmańskie są związane, czy to paktami, czy to bazami, czy to pomocą wojskową z krajami zachodnimi. Z dwóch wzmiankowanych: Syria jest pogrążona w głębokim kryzysie wewnętrznym (wojnie domowej) i zagrożenia stanowić nie może. Pozostaje Iran, który rzeczywiście wyposażony w broń nuklearną może stanowić zagrożenie militarne, ale jego skala nie wydaje się być istotnie różna od zagrożenia jaką budzi uzbrojona w atom od kilkunastu lat Korea.

Jedna uwaga a propos Turcji: jeśli możemy mówić o jakimś niebezpiecznej masowej emocji w Turcji, to jest nią nie frustracja, a zadufanie wzrostem gospodarczym („jesteśmy dwudziestą, osiemnastą, nie, szesnastą gospodarką świata").

4. Czwarty kwestia to przyrost „siły militarnej" świata islamu. Zostawiając na boku kwestię tego, jako ten wzrost może następować w sytuacji pogłębiającej się „przepaści cywilizacyjnej" oraz kwestię powiązań geopolitycznych omówioną powyżej warto dodać, że — poza Iranem — gros tej siły militarnej pochodzi z zakupów zewnętrznych , głównie w państwach zachodnich, co dodatkowo osłabia tezę o możności stanowienia samoistnego zagrożenia Europie.

5. Kolejny wynik zacofania to państwo wyznaniowe. Jest kilka państw, które — spośród pięćdziesięciu kilku krajów muzułmańskich — można określić takim mianem. Jednym z nich jest Iran, innym jeden z najbliższych sojuszników USA — Arabia Saudyjska. Dlaczego z tego, że w jakimś kraju świata zapanuje ustrój teokratyczny ma wynikać zagrożenie dla Europy? Lub inaczej: dlaczego z takiego bądź owakiego wyniku wyborów w Egipcie ma wynikać zagrożenie dla Europy? W czym pro-saudyjscy salafici, Bractwo Muzułmańskie (choćbyśmy i uznali je za mające taką samą sympatię do nazizmu, jak Haider w Austrii) mieli by być groźniejsi dla Europy niż np. neseryści, czy komuniści, jeśliby tam wygrali wybory? Zauważymy w ogóle, że w wielu krajach świata (w tym muzułmańskich) rządzą lub rządziły świeckie dyktatury, które często są, lub były sojusznikami Zachodu nie będą dla niego jakimś zagrożeniem.

6. I ostatnia kwestia: islamofaszyzm (już jako zagrożenie realne, a nie tylko potencjalne). Posłużę się następując interpretacją tego nieostrego pojęcia — obejmijmy nim wszelkie ruchy posługujące się przemocą (lub wzywające do niej) dla realizacji swoich celów w państwie demokratycznym (uznajmy, że w państwach niedemokratycznych stosowanie przemocy przez pewne grupy opozycyjne może być akceptowane) i jednocześnie nawiązując do islamu. Takie grupy w Europie nie są ewenementem. Tylko, że jak dotychczas powołane do tego instytucje radzą sobie z nimi na tyle dobrze, iż nie można powiedzieć, żeby skala zagrożenia była większa, niż lewicowym terrorem w latach 70., czy terrorem ruchów separatystycznych (IRA, ETA).

A w ogóle mam wrażenie, że w Europie mamy poważniejsze zagrożenia: a to kryzys gospodarczy i wcale prawdopodobny rozpad strefy euro, a to rywalizacja globalna ze strony Chin, a to wzrost regionalizmów o ostrzu antyeuropejskim, i przede wszystkim ogólna słabości idei europejskiej i brak wizji „co dalej".

Andrzej Koraszewski:

Nie zaglądałem tu już, gdyż wychodzę z założenia, że jestem za stary, żeby poświęcać czas na dyskusje, które nie rokują szans na jakieś zbliżenie. Mam go już zbyt mało na trwonienie. Doniesiono mi jednak, że chciałby Pan kontynuować. Jestem trochę niechętny. Publiczność patrząca na taką dyskusję jak na jakąś sportową rywalizację nie tylko rozprasza, spycha w otchłań emocji, podejmuje czasem świadome wysiłki, by narzucić wrogość.

Spójrzmy jednak na rzeczywistość. Dlaczego sprawa islamu tak bardzo absorbuje dziś umysły? Czy islam jest zagrożeniem? Jeśli barbarzyńcy stoją u bram, to warto może zapytać, jak to było, czy barbarzyńcy zniszczyli Rzym, czy Rzym utracił zdolność dalszego życia i czekał już tylko na kogoś, kto go dobije?

Można się zgodzić, że w Europie mamy poważniejsze problemy. Czytam teraz wspaniałą książkę Niala Fergusona "Civilization, The West and the Rest", którą nawiasem mówiąc dedykował swojej żonie Ayaan Hirsi Ali. Ferguson zastanawia się nad pytaniem, jak to się stało, że w okresie Renesansu rozbita na małe państewka i zacofana w stosunku do Chin i Świata Islamu Europa znalazła coś, co pozwoliło na pokonanie tych, którzy dotąd byli znacznie lepsi? Ferguson kładzie nacisk na konkurencję, to właśnie rozdrobnienie i ciągła konkurencja z sąsiadami pozwalała wybierać różne drogi, sprzeciwiać się religii, cenić innowacje i to nie tylko militarne. Europa, a potem Europa i jej zamorskie kolonie, zdobyły monopol na naukę i technikę, ale ten monopol się skończył. Jeśli idzie o rozwój nauki i innowacyjność Japonia i Chiny zaabsorbowały zachodnią kulturę, co nie znaczy, że zostały wchłonięte do zachodniej cywilizacji. Na płaszczyźnie ekonomicznej nie umiemy się bronić. Pracujemy mniej, z samobójczym uporem bronimy swoich przywilejów.

Czy jest to większe zagrożenie niż islam? Pewnie tak. Dekadencja to rodzaj zbiorowego altzheimera. Czy zatem islam to temat zastępczy? Zależy gdzie, zależy dla kogo i zależy jak na to patrzeć. Kiedy prawie 40 lat temu widziałem na murach niemieckich miast napisy "Türken raus" miałem poczucie powracającego koszmaru. Mam go nadal. Frustracje są zagrożeniem, dlatego piszę o „poczuciu", bo w życiu społecznym „poczucie" pcha do zachowań.

Europa i Ameryka są nadal magnesem, ale to już nie jest ten sam prężnie rozwijający się organizm, absorbujący jak gąbka uciekinierów akceptujących cokolwiek i godzących się na wszelkie poniżenia.

Dlaczego odrzucam pytanie „czy islam jest zagrożeniem dla Europy"? Dlatego, że jest tak wiele sposobów wyznawania islamu i ci, o których Pan pisze, muzułmańscy laureaci nagród literackich, lekarze, pracownicy nauki mają zazwyczaj bardzo mało wspólnego z wojującym islamem, z tym co nazywam islamofaszyzmem, a co jest bardzo osobliwą formą obrony ludzkiej godności przez ucieczkę w ideę totalitarną.

Pisze Pan o naszych europejskich neonazistach, o tych, którzy malują te napisy na ścianach, czy wręcz sięgają po bomby. Zegar Pana Boga składa się z niezliczonych ilości idealnie zazębiających się błędnych kół. Tragedią jest to, że ummah ludzi tolerancyjnych jest abstrakcją, ludzie tolerancyjni są mniej aktywni, gorzej zorganizowani, a co gorsza , często gotowi jakoś tam usprawiedliwiać „swoich" fanatyków. Dlatego pisałem o tożsamości, moja tożsamość ateisty jest mniej istotna, niż tożsamość obrońcy praw człowieka.

Stąd moje zainteresowanie dzisiejszym radykalnym islamem. Ten radykalny islam począł się z frustracji, z braku umiejętności znalezienia strategii, która prowadziłaby do odzyskania poczucia godności i swojego miejsca w świecie. Pisze Pan, że tylko Iran i Syria są otwarcie antyzachodnie. Cóż Arabia Saudyjska jest prozachodnia, ale to z Arabii Saudyjskiej płyną miliardy wspierające terroryzm. Pakistan jest w sojuszu z Ameryką, ale prawdopodobnie jest dziś największym zagrożeniem dla Ameryki. Turcja jest członkiem NATO posiadającym natowską broń, wyszkoloną przez Zachód armię i mającym mnóstwo natowskich tajemnic, ale Turcja to nie zawrót głowy od sukcesów ekonomicznych (to też), ale głównie obsesja odzyskania znaczenia imperium osmańskiego w oparciu o islamistyczny populizm. Ostrożny, w mistrzowski sposób wprowadzany w życie, ale wrogi demokracji i łączący nacjonalizm z radykalnym islamem.

Jeśli jest Pan muzułmaninem-demokratą (a takie mam odczucie), to ten islam jest zagrożeniem dla Pana islamu.

Powtarzam uparcie — islamski terroryzm zwraca się przede wszystkim przeciw muzułmanom, terroryzuje również skupiska muzułmańskie w Europie i Ameryce, przyciąga jak magnes młodych ludzi epatujących swoim radykalizmem na uniwersyteckich kampusach. Muzułmańscy demokraci wtopili się w zachodnie społeczeństwa i chodzą swoimi drogami, czasem przychodzą na spotkania i wygłaszają jakieś sympatyczne przemówienia, czasem piszą jakieś artykuły czy książki.

Tymczasem radykalny islam jest coraz bardziej widoczny, wyzwalając radykalizm w reakcjach politycznych, coraz bardziej wzmacniany przez grozę dalszej islamizaji krajów muzułmańskich.

P.S. Wiele lat temu, w ambasadzie japońskiej w Londynie przeżyłem szok, rozmawiałem przy kieliszku z nieznanym mi japońskim inżynierem, który w pewnym momencie powiedział: „Nie wiem, czy gdyby nie te bomby atomowe, umielibyśmy zrozumieć, że tylko pracą możemy konkurować ze światem." Ciarki mi przeszły po karku, nie pamiętam już jak przerwałem zbyt długie milczenie. Nie powróciliśmy już do rozmowy o honorze.

Maciej Kochanowicz:

Dziękuję za odpowiedź. Zgadzam się, że dalsza dyskusja — o ile jest zasadna — mogłaby się odbywać w innej formule.

Obu nas martwi niski stopień rozwoju wielu krajów muzułmańskich. Różni nas chyba ocena przyszłości — ja jestem optymistą, Pan chyba pesymistą. I choćby z tego optymizmu płynie też poczucie, że islamski terroryzm nie jest — zwłaszcza w dłuższej perspektywie — zagrożeniem ani dla mnie w szczególności, ani dla islamu/świata muzułmańskiego w ogólności. Kto ma rację? Czas pokaże.

 

Maciej Kochanowicz — Andrzej Koraszewski 

Korespondencja e-mailowa

26 lutego 2012-02-26

Maciej Kochanowicz

Witam,

Odnosząc się do naszej wymiany zdań, pisałem w wiadomości do Pana (przed opublikowaniem Pana ostatniego postu), że możemy polemikę kontynuować w grupie Dialogu, w wiadomościach prywatnych, na portalu racjonalisty lub w innej formule. Teraz wydaje mi się jednak, że ten wątek debaty już się wyczerpał. Oczywiście jeśli Pan jest innego zdania mogę odpowiadać na Pana ostatni głos.

Nie wiem też, czy zwrócił Pan uwagę, że w komentarzach do mojego tekstu w Państwa portalu umieściłem propozycję tekstu o kwestiach prawnych. Proszę o informację, czy są Państwo zainteresowani.

Pozdrawiam

Maciej Kochanowicz

PS. Mam nietypowe pytanie: Czy jest Pan spokrewniony z Bronisławem Koraszewskim, działaczem polskim na opolszczyźnie przed I wojną światową?

Andrzej Koraszewski

Tak, Bronisław to brat mojego dziadka, Jana Koraszewskiego. W ogóle rodzina Koraszewskich pojawiła się w Polsce z Litwy zaraz po powstaniu styczniowym.

Ale ad rem, ponieważ odnoszę wrażenie, że dla nas obydwu ta rozmowa może być ważna (jest ważna), warto ją rzeczywiście prowadzić bez reflektorów, by uzyskać maksymalny efekt szczerości i bezpośredniości. Dlatego porzuciłbym oficjalne formuły, przeszedł na ty i spróbował stopniowo wyjaśniać to, co nas łączy, gdzie widzimy rzeczy inaczej, a na końcu gdzie pozostaniemy przy odmiennych poglądach.

Wspomniałem o tożsamości nie dość dokładnie precyzując, nie tylko interesuje mnie historia Pana rodziny, a więc i tradycja religijna, ale i osobista droga. Jesteśmy kim jesteśmy przez spotkania z ludźmi. Akurat w tej rozmowie, mój ateizm jest dla mnie najmniej ważny, trzeciorzędna sprawa, o której można sobie pogadać po usunięciu wszelkiego poczucia zagrożenia. Jeśli ta rozmowa będzie owocna możemy dojść do wniosku, że warto ją pokazać innym, teraz jest ważna dla nas samych, żebyśmy mogli zobaczyć jak można zbudować bezpieczny most nad tymi pozornymi i nad tymi rzeczywistymi przeciwieństwami.

Próba zbudowania takiego mostu kusi sama w sobie, a jeśli da się to potem pokazać innym, to może być informacją, że trudne wcale nie jest niemożliwe.

Przesyłam serdeczne pozdrowienia
Andrzej
P.S. Kwestie prawne, rzecz sama w sobie interesująca, ale nie jestem pewien, czy jestem tu kompetentny, zapewne tak czy inaczej będziemy mówić i o tym.

M.K.

Oczywiście możemy mailowo, a co z tego wyjdzie to się zobaczy.

Jeśli chodzi o moją rodzinę, to to się dość zabawnie składa, bo Bronisław Koraszewski to był mój prapradziadek, a jego córka (czyli Twoja cioteczna siostra) i ciotka mojej babci, Stefania, po mężu Żuwal, mnie częściowo wychowywała. I była to ostatnia religijna osoba w mojej rodzinie. Potem generalnie — z różnych względów, po różnych stronach — moi bliżsi przodkowie byli areligijni i tak też — agnostycznie — byłem wychowany.

Jeśli chodzi o moją osobistą drogę, to kilkanaście lat temu zostałem muzułmaninem (nie do końca wiem, czy o to pytasz, ale zakładam, że tak). Pewnie łatwiej tu odpowiedzieć „jak", niż „dlaczego". Jak: Odwiedziłem kilka krajów muzułmańskich; poznałem paru muzułmanów (w większości niezbyt bogobojnych); w Kirgistanie pewien imam pokazał mi jak czytać Koran; w Pakistanie dowiedziałem się, jak się modlić; w jakiejś medresie mułła spytał mnie „czy chcesz zostać muzułmaninem?", "czy umiesz powiedzieć szahadę?", „czy wiesz co ona znaczy?"; odpowiedziałem na te pytania twierdząco.

A „dlaczego?" Trudniej powiedzieć, choć pytanie ważniejsze. Pewnie mógłbym wymienić klarowność teologiczną — tawhid [monoteizm]; „wbudowany" w islam ekumenizm — jedność religii abrahamowych (nie tylko ich zresztą); poruszenie mistycyzmem; może jakąś moją ogólnie otwartość na „innego". Ale tak naprawdę: dlaczego? Pewnie jak będę miał śmiałość, to spytam o to Boga na Sądzie Ostatecznym ;-). „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć", jak pisał pewien filozof.

Jeśli chodzi o ateizm, to ponieważ było mi to stanowisko dość bliskie przez jakąś część mojego życia (i nadal w niektórych postaciach jest dla mnie intelektualnie znaczący), to oczywiście chętnie mogę porozmawiać, ale nie jest to temat specjalnie dla mnie pasjonujący.

Jeśli chodzi o to kim jesteśmy, to oczywiście spotkani ludzie, ale myślę, że jeszcze ważniejsze są lektury i film, a także muzyka (w moim pokoleniu, a także trochę starszym, muzyka jest najważniejsza w odpowiedzi na pytanie „kim jestem"). Sami ludzie — ja prowadzę dość bujne życie towarzyskie i długo by tu było wypisywać rozmaite osoby z rozmaitych miejsc i sfer, ale pytaj.

Jeśli chodzi o budowanie mostów — generalnie żyję dobrze z ludźmi i przepaści żadnych koło siebie nie czuję. Ciekawiły mnie tylko poglądy autorów (i zwolenników) serwisów Euroislam.pl, czy europa21.pl i stąd moje włączenie się w grupę Dialog, skoro pojawiła się okazja by je bliżej poznać. A potem to już poszłoooo.

Jeśli chodzi o sprawy „prawne". To po prostu był temat, który zainteresował czytelników waszego portalu, sadząc po komentarzach, które były pod moim tekścikiem. Mnie prawo niezbyt zajmuje, ale skoro kogoś ono interesuje, to w granicach moich kompetencji mógłbym — niezależnie od kontynuowania naszej rozmowy - przygotować tekst na ten temat.

Tak że pytaj dalej, o co tylko chcesz.

Pozdrawiam

Maciek

PS Tak, tak — przejdźmy na „ty". Dziękuję bardzo za propozycję.

PS2 Ja jestem z Warszawy, nie wiem jak Ty — możemy rozmawiać też face-to-face.

A.K.

Rzeczywiście przezabawne, córka Bronisława, to nie tyle moja siostra co ciotka, ale Bronisław był najstarszym synem, a Jan, mój dziadek, najmłodszym. Bronisław był już tylko legendą w mojej rodzinie.

Co do spotkania osobistego to zapraszam do moich włości do Dobrzynia nad Wisłą , sam, po zawale jestem mało ruchliwy i na wszelkie propozycje wyprawy poza rogatki mojego miasteczka odpowiadam, że nie mogę bo data ważności mi się kończy.

Twój romans z islamem ciekawy, ale mam pewne poczucie zawodu :), bo miałem nadzieję na spotkanie z polskim muzułmaninem z dziada pradziada. (Jeszcze to sobie jakoś zaliczę.)

Czytając dziś Twój artykuł w „Wyborczej", wróciłem myślą do „Prób świadectwa" Jana Strzeleckiego, po które sięgam w odstępach kilku lat. Wojna wyolbrzymiła ten właśnie problem z bezmiarem ludzkiego cierpienia, a rozstrzygnięcia w odpowiedziach zależały od osobowości i chyba miały ograniczony związek z logiką.

Dla jednych Bóg cierpiał z cierpiącymi, dla innych cierpienie było dowodem Jego nieobecności, względnie twierdzenia, że jeśli jest, to nie może być Bogiem dobrym.

Zatrzymało mnie oczywiście Twoje stwierdzenie, że odrzucenie Boga nie zmniejszyło by cierpienia ani o gram. Jesteśmy obaj świadomi częstotliwości zła popełnianego w imię religii lub w związku z religią. Oczywiście jesteśmy również obaj świadomi tego, że powód do agresji może być niemal dowolny. Po doświadczeniach nazizmu i komunizmu zwalanie wszystkiego na samą religię byłoby oczywistym nadużyciem. Religijna tożsamość ułatwia zawężanie definicji człowieka do dzieci „mojego Boga". Bez wątpienia łatwiej o pokój, kiedy ludzie nie traktują religii zbyt poważnie, kiedy nie są gotowi zabijać z oburzenia.

Napisałeś, że różnimy się w ocenie perspektyw rozwoju muzułmańskiego świata. Pewnie tak. Kiedy studiowałem socjologię (początek lat 60.) zachwycony Weberem i jego koncepcją religii protestanckiej jako etyki kapitalizmu, odwróciłem sobie to całe zagadnienie i zacząłem szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego katolicyzm był tak niebywałym hamulcem rozwoju? Grzebałem się w tym przez 20 lat, znajdując odpowiedź w zbyt wielkiej pogardzie elit dla własnego społeczeństwa i wykorzystaniu religii dla zniewalania. (Po latach najwięcej mi tu wyjaśnił jedyny czarny laureat nagrody Nobla w ekonomii, Arthur W. Lewis, który próbował zrozumieć tragedię Afryki i Ameryki Łacińskiej, a którego najbardziej docenili Chińczycy planując swoje reformy.) Tak czy siak, mam wrażenie, że póki hasło „islam jest rozwiązaniem" powoduje terroryzowanie społeczeństw muzułmańskich przez fanatyków, szanse na rozwój wydają mi się ograniczone. (To akurat długa rozmowa o … ziemiaństwie, chłopach i obrocie pieniądza, czyli jak to się stało, że sukcesem Europy stała się Wspólna Polityka Rolna, czyli zapłacenie przez kraje protestanckie haraczu katolikom za to, że przestaną dyskryminować swoich chłopów.)

Pytanie z innej beczki, czy czytałeś "Chłopca z latawcem" i "Tysiąc wspaniałych słońc"?

Moc serdeczności
Andrzej

M.K.

Odpowiadam z opóźnieniem, ale odrobiłem pracę domową i przeczytałem Strzeleckiego. Najbardziej przemówiły do mnie te fragmenty (jak XIII), gdzie odnajdywałem jakieś, choć niewielkie, pokrewieństwo z bliskim mi Conradem. Może takie dziś czasy, że bardziej przemawia etyka pisana na „ja" niż na „my".

Jak Strzelecki przywoływał Auschwitz, to przypomniało mi coś, co zrobiło na mnie tam (obok oczywiście gablot z włosami i dziecięcymi zabawkami) największe wrażenie - szubienica, na której powieszono Hössa. Zastanawia mnie, czy braterstwo, o którym pisze Strzelecki jest też braterstwem rozciągającym się od ofiary do kata? Ale może to pytanie jest uzurpacją kogoś posiadającego łaskę (albo przekleństwo) późnego urodzenia.

Mam jednak znajomych w moim wieku — z Krytyki Politycznej — dla których Strzelecki także dziś wiele znaczy. Z tego co mi opowiadano miał bardzo silną osobowość i mocne oddziaływanie w kontakcie bezpośrednim. Może mnie tego brakuje by w pełni odebrać jego rozważania.

Po tej lekturze zdecydowanie lepiej jednak rozumiem, dlaczego użyłeś pojęcie „islamofaszyzm" i dlaczego takie zestawienia tak silnie do Ciebie przemawiają.

Na lżejszą nutę — zwróciłem uwagę na kolejną ciekawą koincydencję, cytat z Fromma na początku fragmentu XXIV. Brzmi on omal identycznie jak z fragment sury „Stół zastawiony": „Ten, kto zabił człowieka, [...] czyni tak, jakby zabił wszystkich ludzi. A ten, kto przywraca do życia człowieka, czyni tak, jakby przywracał do życia wszystkich ludzi."

Jeśli chodzi o religię, no cóż, dla mnie kluczowe jest rozróżnienie miedzy religią (din), a wiarą (iman). W imię tej pierwszej wszelkie zbrodnie popełniono, ale to tylko opakowanie, sztafarz. I tu rzeczywiście dystans jest wskazany. Mnie jednak chodzi o tą drugą — wiarę — i tu wskazany jest nie dystans, ale bliskość, bliskość Boga.

Ważni są dla mnie tacy myśliciele jak Abdulkarim Sorusz, czy Nurcholish Madjid (by wymienić muzułmańskich myślicieli, ale nie mistyków), którzy to właśnie pokazuję — że religia (a i szariat też), nie służy rozwiązywaniu naszych problemów z tego świata (dunja), ale jest sposobem, formą, dla przeżywania więzi z Bogiem (choćby np. przez ibadat).

Kiedy ja studiowałem socjologię, czasy — w porównaniu z latami 60. — zmieniły się. Peter Berger już zaczął wycofywać się ze swoich wcześniejszych tez o sekularyzacji (co i choćby także Habermas stwierdził niedawno). Ale, że „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu", jest to konstatacja o tym, co już się zdarzyło wczoraj. A to co dzieje się dziś zrozumiemy dopiero jutro. Zresztą w ogóle indukcja z przeszłości bywa zwodnicza. Etyka protestancka? Popatrzmy na Irlandię.

"Chłopca z latawcem" i czytałem i widziałem i trochę książka z filmem mi się zlały. Wydaje mi się teraz, że film był subtelniejszy, a książka cokolwiek dydaktyczna. Osobiście wolę "Nad Afganistanem Bóg już tylko płacze" Siby Shakib, albo — to już filmów — "Kandahar" Mohsena Makhmalbafa. No ale nie wiem — może z tego wynika, że podoba mi się taki jednak swego rodzaju paternalizm Irańczyków w stosunku do Afgańczyków (twórcy obu tych dzieł są Persami).

No fakt, polskim Tatarem nie jestem (bo innych muzułmanów z dziada pradziada w Polsce nie ma), choć wielu z nich znam i cenię.

Pozdrawiam

Kuzyn Maciek

A.K.

Też odpowiadam z opóźnieniem, bo wczoraj wieczorem zajęty byłem tłumaczeniem dla MEMRI artykułu publicystki z egzotycznych Malediwów. Wrócę do tego później, najpierw Strzelecki. Zastanowiło mnie dlaczego właściwie jestem do tej małej książeczki przywiązany? Moje pokolenie, to pokolenie dzieci rodziców krzyczących po nocach. Próbowaliśmy zrozumieć ich wojenną traumę, gdyż była trudną częścią naszego dzieciństwa. Strzelecki był o 10 lat młodszy od mojego ojca, szukał swoich odpowiedzi inaczej, ale daje mi wgląd w tamte krzyki. Kiedyś próbowałem to sobie jakoś uporządkować (gdybyś miał ochotę to jest takie moje opowiadanie „Ojhyzna" w Racjonaliście). Dla ciebie jest to już mniej osobiste, bardziej literackie i taka jest właściwa kolej rzeczy. Moja świadomość (i pamięć) dziecka zaczynała się od spalonej Warszawy i zarysów ludzkich trupów, od których matka próbowała mi odwracać uwagę.

Na lżejsza nutę piszesz, że cytat z Fromma przypomina ci fragment sury: „Ten, kto zabił człowieka, [...] czyni tak, jakby zabił wszystkich ludzi. A ten, kto przywraca do życia człowieka, czyni tak, jakby przywracał do życia wszystkich ludzi."

Ten właśnie fragment Koranu wybity jest na medalach dla Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata . Te słowa znajdujemy w Talmudzie (Mishnah Sunhedrin 4:5 z 220 roku naszej ery i powtórzone w Talmudzie Babilońskim, który jest późniejszy, bo z III do V wieku naszej ery, ale zapewne z Babilonu do Mediny było bliżej).

Prorocy są jak gimnazjaliści, ściągają na grandę i mają nadzieję, że nikt nie zauważy. Głowy, nie dam, że Żydzi sami to sobie wymyślili, w końcu historię Noego zerżnęli z eposu o Gilgameszu.

Coś mam wrażenie, że Bóg komunikował się na tym face to face(booku) pod różnymi nickami, czasem się powtarzając, a czasem kpiąc ze swoich rozmówców.

„Jeśli chodzi o religię no cóż, dla mnie kluczowe jest rozróżnienie między religią…" wyznawaną z żarliwością dopuszczającą mordowanie innych i religią traktowaną nieco mniej poważnie, pozwalającą na osobiste przetargi z Panem Bogiem i dopuszczającą ignorowanie boskich nakazów nielicujących z ludzką moralnością. Ten mój pogląd dość dobrze wykłada autorka tłumaczonego wczoraj artykułu, więc wklejam go tu w całości.

Artykuł komentatorki politycznej Azry Naseem

W artykule zatytułowanym "Opercja od Haram do Halal — rola islamistów w zastąpieniu Naszeeda Waheedem," komentatorka polityczna Azra Naseem opisuje wzrost siły islamistów na Malediwach. Poniżej podajemy wyjątki z jej artykułu:

"Ogłaszając 7 lutego, że Naszeed jest heretykiem, partia Adhaalath… wezwała naród do przeciwstawienia się Naszeedowi'z mieczami i karabinami', jeśli będzie tego trzeba; każdy Malediwczyk, który tego nie zrobi będzie grzesznikiem..."

Vice Prezydent Dr. Mohamed Waheed, który przejął władzę powiedział.

Malediwscy islamiści, którzy odegrali kluczową rolę w wydarzeniach z 7 lutego 2012r., zmusili pierwszego w naszym kraju demokratycznie wybranego prezydenta Mohameda Naszeeda do 'rezygnacji'.[Ludzie] zaprzeczający, że doszło do zamachu stanu oraz sympatycy islamistów żarliwie oponują wobec takich twierdzeń. Sami islamiści jednak mówili to publicznie i publicznie [okazywali] swoją dumę z wykonanego 'religijnego obowiązku' doprowadzenia do odsunięcia Naszeeda od władzy — będącego w ich oczach anty-islamskim heretykiem.

Wynika to jasno z wielu ich proklamacji i oświadczeń jakie ogłosili przed i po 'rezygnacji' Naszeeda. Ogłaszając 7 lutego, że Naszeed jest heretykiem, partia Adhaalath wydała 8 lutego komunikat prasowy, było to w dniu najgorszych zamieszek od czasu przejścia do demokracji. Wezwała ona naród do przeciwstawienia się Naszeedowi 'z mieczami i karabinami', jeśli będzie trzeba. Każdy Malediwczyk, który tego nie zrobi, będzie grzesznikiem i nie będzie miał prawa życia w tym kraju. Zwalczaj Naszeeda lub emigruj, dżihad przeciwko niemu lub będziesz wiecznie potępiony- głosił komunikat. 'Prawda' ich słów była wsparta wybiórczymi cytatami z nauczania islamu. Akceptacja Waheeda - 'sprawiedliwego władcy' — była przedstawiona jako religijny obowiązek muzułmanów na Malediwach.

Zastąpienie Naszeeda Waheedem, prezydenta haram prezydentem halal, wydaje się być tym co miał na myśli przewodniczący partii Adhaalath, szejk Imran Abdulla, mówiąc 31 styczniao 'drugim etapie''pracy, która wykonywaliśmy do dziś.' Co to była za praca, którą partia Adhaalath i jej sojusznicy wykonywała wcześniej?...

Z konieczności Naszeed musiał włączyć partię Adhaalath do rządu koalicyjnego, który utworzył w 2008 roku. Delikatnie mówiąc, liberalny prezydent i ultra-konserwatywna partiaAdhaalath nie mieli ze sobą nic wspólnego. Oprócz częstych konfliktów w różnych sprawach- sprzedaży alkoholu na zamieszkałych wyspach, nauczania islamu jako raczej nadobowiązkowego niż obowiązkowego przedmiotu w szkołach średnich, wprowadzenia 'zasad religijnej jedności', dostarczenia gruntów pod Muzułmańską Uczelnię w Male — Naszeed nie miał innego wyboru jak trzymać się umowy koalicyjnej. Turbulencje tego małżeństwa z rozsądku zakończyły się dopiero we wrześniu 2011 roku, kiedy partia Adhaalath podjęła decyzję o zerwaniu koalicyjnego porozumienia, powołując się na brak chęci współpracy [ze strony] Naszeeda w wysiłkach zmierzających do 'wzmocnienia islamu na Malediwach'.

W tym okresie, Naszeed kierowany względami pragmatycznymi i nazbyt naiwnym przekonaniem, że wolność słowa jest święta bez względu na konsekwencje — zaniedbał wprowadzenia jakichkolwiek ograniczeń coraz bardziej ekstremistycznej i radykalnej retoryki islamistów. Mającdoktora Abdula Madżida Abdula Bariego z partii Adhaalath na stanowisku Ministra Islamu, radykalni kaznodzieje, tak z zagranicy, jak i krajowi, mieli wolną rękę i funduszez kasy państwowej na głoszenie [swojej nauki] malediwskiemu społeczeństwu. W 2010 roku widzieliśmy na przykład teleewangelistę z Indii, doktora Zakira Naika, jak również doktoraBilala Philipsa z Jamajki oraz brytyjskiego szejka Abdura Raheema Greena, nauczających dla malediwskiej publiczności. Obok zagranicznych kaznodziei wykształceni w madrasach [muzułmańskich seminariach] Pakistanu oraz ultra-konserwatywnych szkołach i uczelniach w Indiach i Arabii Saudyjskiej misjonarze malediwscy bombardowali Malediwczyków z każdej możliwej trybuny radykalną retoryką.

Antysemityzm, ksenofobia i nietolerancja wobec innych religii stały się częścią codziennych debat i programów nadawanych w państwowej telewizji

Antysemityzm, ksenofobia, i nietolerancja wobec innych religii stały się częścią codziennych debat i programów nadawanych w państwowej telewizji i były nadawane nieustannie w publicznych miejscach, poczynając od taksówek i promów aż do głośników na ulicach. Blisko 90 procent książek znajdujących się w większości malediwskich księgarń było w tym okresie autorstwa ekstremistów, których słowa miały na celu wpływanie na każdy szczegół życia, od toalet po relacje w małżeństwie.

Podczas gdy ekstremistyczna literatura kwitła a ich głosy zdominowały publiczną przestrzeń, liberałowie zaczęli się plątać. Kiedy zaniepokojeni liberałowie zwrócili się do Naszeeda z prośbą o pomoc w przeciwstawieniu się głosom ekstremistów, odpowiedział im ni mniej ni więcej tylko, żeby zrobili to sami. Rząd - odpowiedział — nie może nakładać restrykcji na wypowiedzi.

Mimo silnego społeczeństwa obywatelskiego, jakie rozwinęło się w okresie rządu Naszeeda, ruch ekstremistyczny stał się zbyt silny dla jednostek działających bez żadnego poparcia ze strony państwa, by mogły się zorganizować przeciwko niemu. Zarzuty apostazji, herezji, działalności agenturalnej przeciw islamowi stały się w międzyczasie zbyt potężnym narzędziem politycznym, aby jakakolwiek anty-ekstremistyczna grupa lub ruch zdołała zakorzenić się w sferze publicznej. Wielu ludzi próbowało zorganizować się w grupy, ale [grupy te] zostały zlikwidowane jako anty-muzułmańskie zanim zdążyły stać się głosem słyszanym przez społeczeństwo. Ktokolwiek wyrażał wątpliwość na temat ich wiary w islam, był nazywany apostatą i ostracyzowany.

Siłę tych dominujących postaw widzieliśmy kiedy doszło do samobójstwa Ismaila Mohameda Didi, 25-letniego mężczyzny, który powiesił się w lipcu 2010 roku, zaszczuty przez przyjaciół i rodzinę po tym jak wyraził wątpliwości na temat swojej wiary w islam. Ekstremiści postanowili, że mit Malediwów jako narodu w stu procentach muzułmańskiego musi zostać utrzymany, nawet jeśli oznacza to prześladowania i śmierć tych, którzy nie wierzą...

Kolejna świetna okazja dla islamistów nadarzyła się 10 grudnia, w Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka, kiedy grupa młodych Malediwczyków zorganizowała niewielką 'milczącą demonstrację' przeciw narastającej nietolerancji religijnej w kraju. Mimo tego, że rząd Naszeeda uwięził jednego z protestujących, jedynego na Malediwach otwarcie przyznającego sięaktywisty gejowskiego, religijni konserwatyści byli wściekli na Naszeeda, że nie zażądał surowych kar dla protestujących. Wykorzystano to potem jako dowód na to, że Naszeed jest heretykiem.

Publiczne demonstrowanie pobożności, poprzez spowicie kobiet w czerń i ukrywanie [twarzy] mężczyzn za długimi do pasa brodami nie było nigdy częścią religijnych przekonań Malediwczyków

To było tło i to były preteksty do rozpoczęcia kampanii [na rzecz] usunięcia Nasheeda. Jej pierwszy publiczny pokaz miał miejsce 23 grudnia w postaci protestu pod hasłem: 'Malediwczycy bronią islamu'.

Bombardowani od listopada informacjami, że Naszeed jest zagrożeniem dla ich wiary, i przekonani przez powtarzaną od lat retorykę niezmożonych ekstremistów, tysiące Malediwczyków wyległo na ulice Male w 'obronie islamu'. To czego większość społeczeństwa nie miała czasu ani okazji zrozumieć, to że zagrożenie ich wiary przychodzi nie ze strony Naszeeda, ale ze strony ekstremistów...

Od setek lat, odizolowani od świata, Malediwczycy na ogół nie mieli pojęcia o konfliktach w ramach i wokół 'muzułmańskiego świata'. Islam praktykowany przez Malediwczyków był osobisty — głęboka wiara, która nie potrzebowała mediacji uczonych ani kaznodziejów. Publiczne demonstrowanie pobożności, poprzez spowicie kobiet w czerń i ukrywanie [twarzy] mężczyzn za długimi do pasa brodami nie było nigdy częścią religijnych przekonań Malediwczyków. Ucisk kobiet jako obywateli drugiej kategorii, przemoc w imię religii, dyskusje, która modlitwa ma być odmawiana o której godzinie, domaganie się kar śmierci, dzieci panny młode, seksualne niewolnice — to wszystko nie było częścią malediwskiego islamu. Ekstremiści przynieśli tę ideologię i te praktyki na Malediwy i rozprzestrzenili je po kraju wykorzystując właśnie wolność i demokrację, przeciw którym działają. Sukcesem ekstremistów była ich umiejętność wykorzystania świeżo zdobytej swobody słowa jako narzędzia do przekonywania niczego nie spodziewającego się społeczeństwa, jako że do przybycia misjonarzy Malediwczycy byli ignorantami na temat 'prawdziwego islamu'.

W obronie tego ekstremizmu Nasheed powstrzymał się od działań przeciw niemu...

Jednym z pierwszych aktów przemocy w dniu 8 lutego było zniszczenie ruin świątyni buddyjskiej… Nie po raz pierwszy malediwscy islamiści naśladowali talibów

Jednym z pierwszych aktów przemocy w dniu 8 lutego było zniszczenie ruin świątyni buddyjskiej z przedislamskich czasów Malediwów. Nie po raz pierwszy malediwscy islamiści naśladowali swoimi działaniami talibów i zapewne nie ostatni, gdyż wielu z nich jest uczniami tej samej formy islamu praktykowanej przez talibów , a wielu jest absolwentamitych samych madrasi uniwersytetów, do których chodzili talibscy przywódcy.

Nie można zaprzeczyć, że znaczna część tych, którzy świętowali odejście Naszeeda cieszyła się, że ustępuje 'ponieważ naruszył konstytucję'. Jednak ci, którzy naprawdę wierzą w konstytucję i są przekonani, że przestrzeganie jej jest drogą [gwarantującą] rozwój kraju, wiedzą, że odsunięcie demokratycznie wybranego prezydenta przez zamach stanu, stanowczo nie jest konstytucyjne...

Jedynymi ludźmi, którzy nadal radują się z usunięcia Nasheeda, są ci, którzy zostali przekonani ponad wszelka wątpliwość, że był anty-muzułmańskim heretykiem. Pomagając w jego usunięciu i ciesząc z jego odejścia wykonali swój religijny obowiązek. Zastąpienie haram Naseeda halal Waheedem może nie było demokratyczne, ale zapewniło im miejsce w niebie. Nie rozumieją, że w tym życiu, nagrody za ich znój będą zbierane nie przez nich lub przez ich dzieci, ale przez tych, którzy bezwstydnie wykorzystali ich wiarę w Allaha ...

(Oryginał: Operation haram to halal. The Islamist Role In Replacing Nasheed With Waheed)

___________

P.S. Pytałem o "Chłopca z latawcem", bo Khaled Hosseini to stosunkowo najbardziej znany pisarz z tamtego świata pozwalający zajrzeć za firanki. Większość dyskutantów, aż tak bardzo nie interesuje się rzeczywistością, żeby próbować ją zrozumieć.

Wreszcie etyka protestancka i przywołanie Irlandii, które jest dla mnie niejasne, no ale ja uciekłem od socjologii w historię gospodarki i zapewne problem wynika z oglądu w innej perspektywie czasowej. Zapewne z czasem będzie warto i do tego wątku wrócić, gdyż związek religii z rozwojem gospodarczym jest naprawdę istotny. I znów pytanie: związek religii z rozwojem gospodarczym, czy związek sposobu kochania Boga z rozwojem gospodarczym? Nigdy nie wiem, którzy są kochający inaczej, ci wzywający do mordów w imię Boga, czy ci, którzy traktują go z przymrużeniem oka?

Serdeczności

Kuzyn Andrzej

M.K.

Jeśli chodzi o przepychanki polityczne na Malediwach to przyznam, że nie specjalnie chce mi się w nie wgryzać. Co mogę powiedzieć? To zawsze smutne, jak bohater walki o demokrację o