Bóbr uderzając ogonem o wodę wydaje odgłos, który łatwo pomylić z odgłosem strzelby, kiedy jednak ten dźwięk dociera do mieszkańców wieży z kości słoniowej, może być pomylony z wystrzałem z „Aurory". Najnowsza książka Richarda Dawkinsa wywołała taki efekt i jak się wydaje wybudziła wielu z hibernacji.

Przez wiele lat wydawało się, że idea dialogu wiernych z niewiernymi jest pogrzebana (chociaż tłukła się nadal na kompletnych marginesach). W głównym nurcie prawiono sobie czasem grzeczności, ale otwarta prezentacja argumentów w dobrym towarzystwie uchodziła za nietakt. Książka Dawkinsa nagle a niespodziewanie przypomniała redaktorom wielkich gazet o istnieniu ateistów. Zjawisko ze wszech miar interesujące, zarówno z punktu widzenia polityki redakcyjnej, jak i w wymiarze merytorycznym.

Publikując drobny fragment książki Dawkinsa „Gazeta Wyborcza" ostrożnie uchyliła wieczko puszeczki Pandorki.

Argumenty Dawkinsa nie są grzeczne, głosi on zupełnie otwarcie, że religia jest źródłem zła, że psuje umysły dzieci, niszcząc ich zdolność badania rzeczywistości, że niszczy naszą zdolność rozpoznawania dobra i zła, blokuje rozwój nauki. Oczywiście nie jest on w swoich poglądach osamotniony, ale ponieważ jest najbardziej znany, więc jego nazwisko rozpoznają nawet niektórzy czytelnicy „Gazety".

Lektura jednego z tekstów, które pojawiły się w reakcji na fragment książki Dawkinsa, była dla mnie doznaniem mistycznym. „Jak dobrze, że istnieją ateiści — pisał Jan Andrzej Kłoczkowski OP, w artykule zatytułowanym "Ateistyczna drzemka"  w "Gazecie Wyborczej" z 26 grudnia 2006 — Jako człowiek wierzący piszę to z pełnym przekonaniem. Ale mam prawo oczekiwać, że moi przyjaciele niewierzący będą polemizować z moją wiarą, a nie z jakimiś wyobrażeniami o mojej wierze." Tu jednak zaczyna się poważny problem, bowiem wiara Jana Andrzeja Kłoczowskiego jest dla mnie tajemnicą, o której mogę pisać tylko w trybie przypuszczającym i wiem, że będę tu błądził i potykał się, jak człowiek wędrujący w ciemnościach. Jestem świeżo po lekturze wywiadu-rzeki z innym dominikaninem, Tadeuszem Bartosiem, którego poglądy są (jak sądzę), jeśli nie zbieżne, to bardzo bliskie poglądów Jana Andrzeja Kłoczowskiego. Zacznijmy jednak od zajmującego niepełną gazetową stronę tekstu tego teologa; tekstu, z którego możemy wydobyć kilka wskazówek mówiących o charakterze jego wiary. Jest to więc wiara nie mająca wiele wspólnego z fundamentalizmem chrześcijańskim, (tak silnie, jak pisze, obecnym w południowych stanach Ameryki Północnej i w niefortunnych wypowiedziach dendrologa Macieja Giertycha). Kłoczowski gwałtownie sprzeciwia się „prostodusznemu" rozumieniu pojęcia mitu. „...współczesna filozofia odeszła od pogardliwie oświeceniowego rozumienia tego terminu, a współczesna teologia od fundamentalnego, czyli dosłownego interpretowania tekstu natchnionego." Ciąg dalszy tego samego akapitu przyprawia o zawrót głowy: „Nie znam wypadku, aby jakiś katecheta tłumaczył słuchaczom, że należy obrazowy (symboliczno? mitologiczny?) język przekazu biblijnego rozumieć dosłownie."

Doskonale pamiętam publikowaną w tej samej gazecie rozmowę z Janem Andrzejem Kłoczowskim, w której mówił z zażenowaniem o poszukiwaczach cudów Jana Pawła II. Zapewne już w tym czasie „Gazeta" zaczynała przygotowania do publikacji swojego dodatku „Cuda Jana Pawła II". Pojawia się tu pytanie, jak bardzo zróżnicowana jest skala interpretacji "słowa natchnionego"? Co oznacza powiedzenie, że żaden katecheta nie rozumie przekazu biblijnego dosłownie? Jak przedstawiają się tu różnice między Kłoczowskim a amerykańskimi teleewangelistami, między Kłoczowskim a katechetką w przedszkolu, katechetą w gimnazjum w małym miasteczku, Kłoczowskim a katechizacją powszechną w trójkącie licheńsko-toruńsko-częstochowskim? Czy wystarczy najdrobniejsza niedosłowność, aby móc z przekonaniem mówić: nie znam żadnego katechety, który traktowałby słowo natchnione dosłownie? Czy wystarczy tu odstąpienie od twierdzenia, że ziemia jest płaska jak naleśnik, aby zdanie profesora Kłoczowskiego można było uznać za prawdziwe?

Przypuszczam, a nawet jestem pewien, że Richard Dawkins jest Janowi Andrzejowi Kłoczowskiemu o całe niebo bliższy niż muzułmańscy terroryści rozbijający porwane samoloty o wieże WTC, że jest znacznie bliższy niż amerykańscy teleewangeliści czy Maciej Giertych, że jest dużo bliższy niż ksiądz Rydzyk; podejrzewam, że jest jakoś bliższy niż większość członków Episkopatu Polski; nie wiem jednak gdzie zmieniają się znaki w tym socjogramie. Wiem natomiast, że mam podobny problem. Mam wielu wierzących przyjaciół, z którymi obszary naszych wspólnych wartości są większe niż z wieloma ateistami, ba, o których mogę powiedzieć, że są bardziej racjonalni od wielu ateistów, bo sam ateizm nie jest jeszcze żadnym gwarantem racjonalności. Jak zatem dyskutować ze specyficzną wiarą teologa, która (podobnie jak np. wiara arcybiskupa Życińskiego) wzbudza często równie gorącą niechęć innych wierzących jak mój ateizm?

Czy jest tu kluczem podejście do mitu? Kłoczowski, by przybliżyć nam obraz swojej wiary odwołuje się do książki Leszka Kołakowskiego „Obecność mitu". Nazwanie religii mitem nie tylko tego teologa nie uraża, ale zgoła przeciwnie, wydaje się podsuwać nowe możliwości interpretacyjne, pozwalające na pogodzenie świata nauki i świata metafizyki. „U Kołakowskiego — pisze Kłoczowski — jest zarysowana podstawowa opozycja, dychotomicznie dzieląca świat kultury. Z jednej strony nauka, dzieło analitycznego umysłu, (...) z drugiej — trwale obecne w kulturze pytania i przeświadczenia metafizyczne."

Oczywiście jestem tu na zupełnie obcym gruncie, ponieważ po prostu nie wiem czym są owe pytania i przeświadczenia metafizyczne. Nie rozumiem czym się one różnią od zwyczajnych pytań o sens naszego życia i od zwyczajnych pytań o ludzką uczciwość. Szukając odpowiedzi na pytanie o te różnice znajduję w tym samym artykule słowa dla mnie zdumiewające: „"Fenomen obojętności świata jest podstawowym doświadczeniem rodzącym świadomość mityczną…" Czym jest owa obojętność świata? Takim dojmującym doświadczeniem — podpowiada Kłoczowski — jest tu na przykład śmierć bliskiej osoby, trudność wyobrażenia własnej śmierci, milczenie świata.

„Religia — cytuje Kłoczowski Kołakowskiego - wskazuje na niezbywalną potrzebę, by przeżyć życie nie jako 'opowieść idioty', lecz by ludzkim wyborom nadać kierunki i znaczenie." Nie wiem jakby na ten konkretny cytat zareagował Richard Dawkins, domyślam się jednak, że podobnie jak ja powiedziałby, iż religia wskazuje na tę niezbywalną potrzebę, ale bynajmniej jej nie zaspakaja, że zgoła przeciwnie, dostarcza substytutu odpowiedzi opartego na lotnych piaskach mitu. Jeśli obojętność świata (czy jak chcą niektórzy boga) jest faktem, poszukiwanie sensu naszego życia może, lub wręcz powinno, opierać się na naszej nieobojętności wobec świata i fascynacji poznaniem zwróconym ku rzeczywistości.

Jan Andrzej Kłoczowski, chce obudzić ateistów z drzemki i uświadomić nam, że ta religia, z którą walczymy już nie istnieje, że walczymy z jakimś cieniem, że przecież ta jego wiara jest zupełnie inna, a już z pewnością w żaden sposób niesprzeczna z nauką. Cóż za nonsens sądzić, że świat powstał sześć tysięcy lat temu, czy że jest jakaś sprzeczność między wiarą a teorią ewolucji. Idea Boga osobowego jest bardzo naiwna i nikt jej dziś nie traktuje poważnie; cuda — nikt nie ma obowiązku wierzyć w cuda, religia to coś więcej niż prymitywna wiara w cuda. Religia, jeśli dobrze rozumiem wiarę Jana Andrzeja Kłoczowskiego, to właśnie owe poszukiwanie sensu.

Sądzę, że wykład innego dominikanina, Tadeusza Bartosia, pozwala laikowi lepiej zrozumieć ten typ rozumowania. Już sam tytuł mającej się niebawem ukazać książki elektryzuje, zaś jej zawartość pozwala przypuszczać, że wywoła ona burzę medialną z kurialnymi piorunami. Książka nosi tytuł: „Ścieżki wolności — o teologii, demokracji w Kościele, celibacie". Podejrzewam, że dla wielu czytelników z zewnątrz najbardziej podniecające będą rozległe partie książki poddające dzisiejszy Kościół głębokiej krytyce. Jednak prezentacja wiary Tadeusza Bartosia wydaje mi się równie, jeśli wręcz nie bardziej interesująca.

Chrześcijaństwo jest drogą — stwierdza Tadeusz Bartoś — jest drogą do Boga, na której przewodnikiem jest Jezus i Ewangelia. „Bóg — czytamy — jest tajemnicą, która wyrywa człowieka z jego 'teraz' i prowadzi ku nowości, ku temu, czego jeszcze nie ma, co jest zaledwie obietnicą." Oczywiście, jako człowiek niewierzący mogę w tym miejscu odpowiedzieć tylko, że nie rozumiem i Autor nie będzie tym moim stwierdzeniem, ani zdziwiony, ani oburzony. Mogę jednak podjąć trud przedzierania się przez wypowiedzi teologów, żeby spróbować zdobyć jakieś wyobrażenie o co tu może chodzić. Ustalmy najpierw czym zajmuje się teologia. Teologia, definiuje w skrócie Bartoś — „...dąży do poznania Boga, wiedząc jednocześnie, że jest On niepoznawalny". W tym miejscu odruchowo przeciwstawiam teologii naukę, która dąży do poznania świata, i o której wiemy, że nigdy nie rozwiąże wszystkich tajemnic świata, że kolejne odkrycia nieodmiennie otwierają nam nowe pola niezbadanych zjawisk, ale ich pięknem jest właśnie to, że są poznawalne.

Teologia — mówi dalej Tadeusz Bartoś — potrzebna jest po to, by religia mogła odnajdywać swe prawdziwe oblicze, by nie upadała w system zabobonów, by nie stawała się ideologią. Oczywiście Tadeusz Bartoś doskonale wie, że ta krytyczna, niezależna teologia jest towarem rzadkim, że główny nurt teologii, z którą wierni spotykają się w kościele, to „magisterium Kościoła", czyli to, co zostało zatwierdzone w najnowszych dyrektywach Watykanu, a bardzo często jeszcze mniej, czyli religijność odpustowa.

„[Teolog] Ma ludziom coś przekazywać, odsłaniać prawdziwą wiarę przeciwko wierze, która traci kontakt z fundamentami". Ta interesująca konstrukcja, nawet jeśli pominiemy jej dysydencki wymiar, musi wprawiać racjonalistę w ogromne zakłopotanie. Jaka może być próba owej prawdziwości; który teolog oferuje mi wiarę prawdziwszą, a który pośledniejszą?  

Problem w tym, że wiara, jak podkreśla Bartoś za Tomaszem z Akwinu, nie jest wiedzą. Wszelako stwierdzenie, że wiara jest wiarą jest kompletną tautologią i niczego mi w głowie nie rozjaśnia.

Wspomniane przez Jana Andrzeja Kłoczowskiego pytania egzystencjalne wymieniane są również jako centralne dla wiary definiowanej przez Tadeusza Bartosia. „Świadomość przemijalności — mówi — staje się źródłem pytań metafizycznych i religijnych: skąd Bóg, skąd świat, skąd człowiek na świecie, dlaczego wszystko przemija? To są źródła podstawowych niepokojów, czyli pytania o cel i sens życia oraz o towarzyszącą mu śmierć. Poszukiwania religijne chcą dawać odpowiedź na te niepokoje." Bartoś jest jednak najdalszy od roztaczania przed swoimi czytelnikami nęcących obrazów życia wiecznego. Przeciwnie, powiada, że religia nie może być próbą unieważnienia śmierci. Przestrzega przed próbą postrzegania religii jako formy ubezpieczenia przed śmiercią oraz przed traktowaniem Boga i modlitwy jako magii pozwalającej wzmocnić szanse powodzenia naszych działań i uchronić nas przed niemiłymi wypadkami. Ta wiara, którą wskazuje Bartoś, nie zawiesza praw natury i nie zmienia nas w istoty irracjonalne.

Czym więc jest ta wiara? Bartoś odwołuje się do Tomasza z Akwinu: "Akwinata analizuje odpowiedni fragment Listu do Hebrajczyków [rozdz. 11] i na tej podstawie definiuje akt wiary jako: assentire non apparentibus, co oznacza 'przystanie na to, co niewidzialne', na to, co w ogóle się nie jawi, jest nie-obecne." Nie rozumiem co to znaczy, ale widzę, że tu dosłowność mitycznego przekazu jest zakwestionowana do bólu. To już nie jest kwestionowanie wynikającego z Biblii wieku Ziemi, czy opowieści o stworzeniu człowieka, ale reinterpretacja centralnego dla chrześcijaństwa cudu zmartwychwstania. „Co znaczy jednak, że umarł i żyje? — pyta Autor - Zarówno życie, jak i śmierć rozumiemy tak, jak potrafimy, a życie Jezusa zmartwychwstałego jest ponad historią, ponad wszystkim, co jest znanym nam życiem. Zawsze więc nasz umysł będzie zanurzony w jakiejś nieprawdzie. To jest dla niego ciemność, 'chmura niewiedzy'. Zresztą tak jest w wypadku wszystkich boskich działań. Język nie jest w stanie ich wyrazić." W narracji Tadeusza Bartosia nie ma miejsca na zwiastujących coś aniołów, na niepokalane poczęcie, na detaliczny opis zmartwychwstania. Dosłowność natchnionego słowa jest zakwestionowana tak wyraziście jak to możliwe.

Autor wprowadza tu pojęcie dla niego szczególnie ważne — pojęcie teologii apofatycznej, a więc negującej, wyjaśniającej czym wiara i religia nie jest. Reszta tego wywiadu, włącznie z całą krytyką dzisiejszego Kościoła katolickiego, jest próbą odpowiedzi na pytanie czym religia nie jest i być nie powinna. Więc oprócz tej karkołomnej ucieczki od dosłownej interpretacji słowa natchnionego, Tadeusz Bartoś strzela z armat, które wystraszą niejednego biskupa. Sekularyzacja życia publicznego przynosi więcej dobrego niż złego; pokazuje, że religia nie jest konieczna, aby istniała akceptowalna więź społeczna i ład społeczny; porządek prawny nie musi odwoływać się do religii. Religia nie jest konieczna, by ludzi zachowywali się moralnie. Inna salwa dotyczy Kościoła posoborowego, w którym powstrzymano procesy demokratyzacji, wstrzymano dyskusję, karano dysydentów, wzmocniono centralizację, gubiąc to, co zdaniem Bartosia dla teologii jest najistotniejsze — wolność. Nie jest to tak otwarty atak na pontyfikat Jana Pawła II, jakie spotykamy czasem u teologów zachodnich, ale też nie jest specjalnie zamaskowany.

Tadeusz Bartoś nie ukrywa, iż jego zdaniem obsesje Kościoła na temat seksu i celibat księży nie służą dobrze religii. Celibat, który ma prowadzić do świętości znacznie częściej prowadzi do podwójnego życia, a w najlepszym przypadku do nerwic, które czynią z księży ludzi niedojrzałych. Autor zdradza swój krytyczny stosunek do sakramentu spowiedzi, pozytywny do idei kapłaństwa kobiet. Teologia apofatyczna Tadeusza Bartosia wydaje się nie pozostawiać żadnego z pól kościelnej działalności w spokoju. Ta książka przypomniała mi najbardziej apofatyczny tekst Leszka Kołakowskiego. W końcu lat sześćdziesiątych krążył po Polsce dwustronicowy artykuł, pod tytułem: „Socjalizm to nie pały" Na dwóch stronach autor wyjaśniał, czym socjalizm nie jest, by zamknąć tę litanię definicją pozytywną, odpowiadającą na pytanie, czym jest socjalizm: „Socjalizm to dobra rzecz".

Dwadzieścia lat temu podobną ideę wiary prezentował na antenie Polskiej Sekcji BBC Antoni Pospieszalski. Jego programy wywoływały gniewne reakcje słuchaczy. Otrzymywaliśmy dziesiątki listów, z których jeden warto tu zacytować: „Taki z pana Pospieszalskiego katolik jak z koziej dupy trąba." Jego bratanek, Jan Pospieszalski jest znacznie mniej kontrowersyjny i z pewnością takich listów nie dostaje.

Nie oszukujmy się, typ religijności Tadeusza Bartosia, czy Jana Andrzeja Kłoczowskiego jest równie rzadki jak typ ateizmu Richarda Dawkinsa. W tym gronie można się bez obaw spotykać przy lampce wina, dyskutować o niezmierzonych obszarach wartości, które ludzi po obu stronach stołu łączą, dochodzić do wniosku, że jest tu pewien obszar, gdzie porozumieć się w żaden sposób nie daje, co wcale nie musi wywoływać wrogości, ani przeszkadzać przyjaźni. Co więcej, ów protokół rozbieżności może być w takim gronie przedmiotem dobrodusznych żartów.

Podejrzewam, że w jednym punkcie te dyskusje o rozbieżnościach mogą się przerodzić w ostrą, chociaż niekoniecznie gniewną sprzeczkę. Bartoś mówi: "Niedostępność Boga pozwala skończoności, chwilowości, przemijalności ludzkiej odzyskać własne oblicze. W tym sensie apofatyka jest z ducha postmodernistyczna." Przedstawiciele nauk ścisłych i ci, którzy odnoszą się do tych nauk z szacunkiem, nie kochają postmodernizmu głównie ze względu na jego lekceważący stosunek do logiki i do zasad interpersonalnej komunikacji. Dowolność musi mieć swoje granice, gdyż inaczej wylądujemy w domu wariatów. Dowolność argumentacji, na zasadzie cokolwiek, byle to mądrze wyglądało, psuje pogodne różnienie się, gdyż nijak nie pozwala przerobić sporów wokół tych różnic na platońskie dialogi.

Jan Andrzej Kłoczowski nie dyskutował z Richardem Dawkinsem, jego artykuł w „Gazecie Wyborczej" był raczej odpowiedzią na wcześniejszy artykuł Jacka Hołówki, a w szczególności na jego stwierdzenie, że kosztem uszlachetnienia przez religię jest konieczność przyjęcia mitu za prawdę. W odpowiedzi Kłoczowski próbował przekonać czytelników, że nikt już tego mitu poważnie nie traktuje. Cóż, każdego dnia mamy śmiertelne ofiary ludzi mordujących z imieniem Boga na ustach. Każdego dnia słyszymy wezwania do ignorowania prawa stanowionego w imię posłuszeństwa prawu boskiemu, każdego dnia setki tysięcy przedszkolnych dzieci wdrażane są do przyjmowania mitu za prawdę.

W wymianie zdań między profesorem Hołówką i profesorem Kłoczowskim jest jeszcze jeden zastanawiający fragment. Profesor Jacek Hołówka pisał o swoim szacunku dla wiary „i jej kojącego czy uszlachetniającego wpływu na psychikę znękanego człowieka". Profesor Kłoczowski pisze, że ten szacunek przypominał retorykę męskich szowinistów mówiących z szacunkiem o starych kobietach zamkniętych w domach opieki. Sam nie wiem, czy szacunek Jacka Hołówki był nazbyt słaby, czy źle skierowany. Co do mnie szanuję ludzi, a poglądy — albo się z nimi zgadzam, albo z nimi dyskutuję. Mogę być w błędzie i bywam w błędzie, ale nie zamierzam wykoślawiać dyskusji z samego szacunku dla poglądów przeciwnika. Jeśli w butach znajomego szewca nie daje się chodzić, to mogę go lubić, mogę go szanować, ale o szacunku dla jego metody robienia butów prawić mu nie będę.

Inaczej o owym dialogu wiernych z niewiernymi pisze Adam Szostkiewicz w „Niezbędniku inteligenta" (dodatek „Polityki" z 16 grudnia 2006). Szostkiewicz wyraża przekonanie, że dialog wierzących z niewierzącymi ma wielką przyszłość. Publicysta „Polityki" otwiera swój artykuł opisem „przyparcia do muru" Richarda Dawkinsa przez katolickiego publicystę Davida Quinna, który podczas dyskusji przed mikrofonem zapytał Dawkinsa dlaczego zawsze przedstawia listę nikczemników, którzy byli jednocześnie wierzącymi, a ateizm zawsze stara się rozgrzeszyć z jakiejkolwiek odpowiedzialności za konflikty między ludźmi.

Rzucając się na ten argument Szostkiewicz sprawia wrażenie, że wierzy w przyszłość dialogu, którego nie śledzi. Ten argument pojawia się bowiem nieustannie i odpowiadano nań setki razy. W The God Delusion Dawkinsa jest rozdział zatytułowany: „A co z Hitlerem i Stalinem, czy nie byli ateistami?" Dawkins mówi, że to pytanie, pojawia się nieodmiennie po każdym jego wykładzie traktującym o religii. Zawsze towarzyszą tu dwa założenia, pierwsze, że byli ateistami, drugi, że dokonali swoich straszliwych czynów dlatego, że byli ateistami. Pierwsze założenie jest poprawne w odniesieniu do Stalina, wątpliwe w odniesieniu do Hitlera. Jest to jednak bez znaczenia, ponieważ istotne jest tu pytanie, czy to właśnie ateizm skłaniał ich do popełnianych przez nich zbrodni. W przypadku Związku Radzieckiego, komunistycznych Chin czy Kambodży ateizm towarzyszył politycznej utopii, a zbrodnie popełniane były w imię tej utopii, a nie w imię ateizmu. W przypadku nazizmu nawet ów ateizm jest wątpliwy. Nie tylko armia wyposażona była w mundury z pasami z napisem Gott mit uns na klamrach, nie tylko Hitler zawarł konkordat z Watykanem, nie tylko zabiegał o błogosławieństwo biskupów, ale jego obłąkańczy antysemityzm wywodził się wprost z katolickiej tradycji.

Stalin, wychowanek seminarium duchownego, był przekonanym ateistą budującym ateistyczne państwo totalitarne na wzorach teokracji, nie było to państwo wolne od religii, a kraj, w którym ateizm był religią państwową.

Adam Szostkiewicz zauważa, że „...ateizm państwowy rugujący religię z życia publicznego w imię ideologii postępowego społeczeństwa socjalistycznego trafił (...) na śmietnik historii…" jakby nie wiedział o tym, że w książkach Dawkinsa najczęściej cytowani politycy, którzy rugowali religię z życia publicznego, to pierwsi amerykańscy prezydenci, a przede wszystkim Thomas Jefferson. To, co Adam Szostkiewicz postrzega jako fanatyczny ateizm, jest zaledwie publiczną prezentacją argumentów.

Czy taka prezentacja daje szanse na dialog, a jeśli tak, to dialog o czym? Zapewne nie zgodzimy się w kwestii, czy Bóg istnieje, czy nie. Możemy jednak mówić o zasadach oddzielenia Kościoła od państwa, o zasadach oddzielenia Kościoła od oświaty, o zasadach przywrócenia elementarnego racjonalizmu w życiu publicznym, iżby władze nie zmawiały modlitwy o deszcz, policja nie zatrudniała jasnowidzów, a o badaniach naukowych nie decydował ksiądz prymas.

Tadeusz Bartoś mówi, że „Teologia negatywna owocuje tolerancyjnym nastawieniem wobec odmienności, uczy dialogu." To prawda, takie podejście pozwala na zidentyfikowanie obszarów wspólnych tym, którzy mają ochotę rozmawiać. Jest ich niewielu i nie mają większego wpływu na rzeczywistość. Ten dialog chwilowo nie pomoże żadnej matce w znalezieniu przedszkola, w którym jej dziecko nie będzie uczone uznawania mitu za prawdę, nie zmieni jakości dyskusji w Sejmie, nie zmieni postaw redaktorów pism wiedzących, że cuda Jana Pawła II sprzedają się lepiej niż jakaś dyskusja wiernych z niewiernymi. Dialog toczy się w katakumbach, więc zainteresowanie części młodego pokolenia tym, o czym  się w tych katakumbach mówi, budzi pewną nadzieję, że nie wszyscy młodzi ludzie reagować będą tak jak autor poniższego listu do „Racjonalisty":

Następnym razem zanim opublikujecie jakiś tekst z kłamstwami dotyczącymi Biblii, to przestudiujcie odkrycia archeologiczne, one potwierdzają WSZYSTKO co znajduje się w Biblii, nic Jej nie idzie zarzucić, wyraził to Nelson Glueck i wiele innych archeologów zajmujących się Bliskim Wschodem. Oszczerwstwa i kłamstwa dostrzegam na Waszej stronie! Z roku na rok przybywa uczonych kreacjonistów, zapewne z powodu najnowszych odkryć wyrażają swój sceptyzm wobec ewolucji, tak jak ja!  Mogę jedynie stwierdzić, że prawda co do ewolucji wyjdzie na jaw prędzej czy później. Szkoda, że mało ludzi zna wypowiedź Lorda Zuckermana wykazał on, że nie widzi żadnego dowodu kopalnego świadczącego o ewolucji człowieka od jakiejś niższej istoty. Zaprzeczył on, że Australopiteki, Zinj, Homo Erectus i Homo Habilism byli przodkami człowieka. Wniosek: ewolucja nie jest nauką, jest kolejną materialistyczną religią nie mającą żadnego uzasadnienia naukowego!!! (Zachowana pisownia oryginału.)

Chętnie uwierzyłbym, że zapadłem w jakąś drzemkę i nie zauważyłem jak bardzo zmieniła się religia i sposób interpretacji mitu. Obawiam się jednak, że czytając Richarda Dawkinsa nie śnię, że jego książka nie traktuje wyłącznie o zwariowanych amerykańskich teleewangelistach, że jej odniesień do mojej rzeczywistości nie muszę szukać daleko.

Książka Richarda Dakinsa nie jest wystrzałem z „Aurory", sam Dawkins nie jest Leninem ateizmu, jest biologiem, jest biologiem broniącym prawa do myślenia w oparciu o to co poznawalne i wedle reguł pozwalających się porozumieć. Tu i ówdzie niewierni wobec „prawdy mitu" dostaną swoje dwie minuty, by potem powrócić do katakumb, gdzie od czasu do czasu zajrzy ten i ów dysydent, który wyłamał się z szeregów władczego Kościoła.

Wierność wobec mitu natchnionego słowa dyktuje czasem różne racjonalizacje. Niewierni wobec tego mitu chcą traktować mit jak mit, jak część naszej historii, a nie jako zbiór wartości, o które mamy się zabijać. Dialog z konieczności ograniczony jest do tych, którzy chcą rozmawiać. Rozmowa wymaga jednak klarownej prezentacji argumentów, więc nasze ścieżki wolności prowadzą nas do podejmowania działań umożliwiających tworzenie miejsc, gdzie taka prezentacja jest możliwa.