PZ w samą wigilię gratulował Brytyjczykom — według najnowszych badań postaw społecznych, w Wielkiej Brytanii liczba osób deklarujących brak powiązania z jakąkolwiek religią przewyższyła liczbę osób przypisujących się do jakiegoś wyznania chrześcijańskiego.

Ćwierć wieku temu podczas analogicznych badań, 63 procent deklarowało się jako chrześcijanie, a 34 jako bezwyznaniowcy. Dziś chrześcijanie stanowią 42 procent populacji wyspiarzy, 51 procent to bezwyznaniowcy, a 7 procent wierzy w co popadnie.

Autor informacji ze smutkiem stwierdza, że zapewne nie doczeka się takiej zmiany postaw społecznych w Stanach Zjednoczonych, ale i zza oceanu przychodzą zdumiewające wieści. Na stronie internetowej „Slate" tuż przed świętami opublikowano tekst Shankara Vedantama Why do Americans claim to be more religious than they are? Jest to omówienie wyników badań nad religijnością mieszkańców USA, z których wynika, że Amerykanie są mniej religijni niż mówią.

Z wszystkich możliwych badań wynika, że mieszkańcy Ameryki są najbardziej religijnym społeczeństwem spośród społeczeństw najbardziej rozwiniętych. Jest to zadziwiający fenomen, ponieważ poza Stanami Zjednoczonymi mamy stałą korelację mówiącą, że im wyższe dochody i wyższe wykształcenie, tym niższe zaufanie do mitów religijnych. Według różnych badań 90 procent Amerykanów wierzy w Boga, a ponad 70 procent, nie ma najmniejszych wątpliwości w jego istnienie.

Bardziej rygorystyczne badania wskazują, że Amerykanie mogą udawać, i że faktycznie wcale nie są aż tak religijni jak o tym mówią. Religia — pisze autor cytowanego artykułu — wydaje się być w USA silniej powiązana z tożsamością niż w innych krajach przemysłowych. Odpowiadając na pytania o wiarę odpowiadają na pytania o moralność i patriotyzm. Krótko mówiąc, ponoć trochę tą swoją rzekomą religijnością oszukują. Okazuje się, że istnieje rozbieżność między deklarowaną i faktyczną częstotliwością praktyk religijnych. Od pewnego czasu zauważono, że kościoły są znacznie mniej wypełnione, niż wskazywałyby na to statystyki.

C. Kirk Hadaway, dyrektor ośrodka badawczego przy Kościele Episkopalnym, przed paroma laty kierował badaniami w 18 diecezjach katolickich i protestanckich w wiejskich regionach Ohio. Jak wynikało z tych badań, rzeczywisty udział w praktykach religijnych (tak katolików, jak i protestantów) był znacznie niższy niż deklarowany.

Obecnie przeprowadzono badania, w których proszono badanych, żeby szczegółowo opisali jak spędzili niedzielę. Badacze Stanley Presser i Linda Stinson badali jak ludzie spędzali sobotnie popołudnie oraz niedzielne przedpołudnie. W grupie kontrolnej na bezpośrednie pytanie, czy respondent uczestniczył w praktykach religijnych, dwukrotnie częściej odpowiadano, że tak, niż wymieniano te praktyki w ramach samodzielnego opisu niedzielnych zajęć.

W jeszcze innych badaniach Hadaway obliczył niedawno, że gdyby respondenci, którzy powiedzieli w badania Gallupa, że byli w kościele, mówili prawdę, to około 118 milionów Amerykanów powinno brać udział w mszy w każdą niedzielę. W rzeczywistości w niedzielnych praktykach religijnych bierze udział mniej niż 60 milionów.

Najnowsze badania Philipa Brennera z University of Michigan's Institute for Social Research stanowiły porównanie deklarowanego uczestnictwa w praktykach religijnych oraz wywiadów typu „fotografia dnia" w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Holandii, Niemczech, Francji, Norwegii, Finlandii, Słowenii, Włoch, Hiszpanii, Austrii, Irlandii i Wielkiej Brytanii. Brenner porównał około 500 badań przeprowadzonych w okresie ostatnich 40 lat, które objęły ponad milion respondentów.

Jak wynika z tych porównań, Amerykanie i Kanadyjczycy są rekordzistami, jeśli idzie o mijanie się z prawdą w dziedzinie aktywności religijnej. W rzeczywistości chodzą do kościołów mniej więcej tak często jak Włosi i nieznacznie częściej niż Brytyjczycy i Niemcy. Tak często zauważana różnica między postawami dwóch krajów Ameryki Północnej, a resztą społeczeństw krajów najbardziej uprzemysłowionych ma raczej charakter psychologiczny.

Szukając odpowiedzi na pytanie o tę dziwną potrzebę przekłamywania informacji o własnej aktywności religijnej autorzy badań dochodzą do wniosku, że religia może być tu silniej sprzężona z postrzeganiem własnej tożsamości. Wielu imigrantów przyjeżdżało do Ameryki w poszukiwaniu religijnej wolności, często uciekając przed religijnymi prześladowaniami, stąd ich związki z religią mogły być silniejsze i bardziej świadome, zaś otwarte porzucenie religii może być trudniejsze.

Autor cytowanego artykułu w „Slate" uważa tę odpowiedź za niewystarczającą i wymagającą dalszych poszukiwań. Jakkolwiek na to nie patrzeć, dla wielu Amerykanów religia wydaje się być znacznie ważniejsza, niż dla większości Europejczyków.

Tymczasem w Europie ucieczka wiernych nabrała przyspieszenia.

„Kilkadziesiąt tysięcy niemieckich katolików zdecydowało się w mijającym roku na wystąpienie z Kościoła — wynika z danych opublikowanych w grudniu przez media. Dla części powodem tej decyzji był skandal związany z molestowaniem seksualnym w Kościele katolickim." — czytamy w doniesieniu PAP z 25 grudnia 2010r.

W tym roku Kościół katolicki opuściło niemal dwukrotnie więcej wiernych niż w roku 2009. Niektórzy komentatorzy wiążą to z ucieczką od podatku kościelnego, ale stawki ani przepisy podatkowe nie zmieniły się, zmieniło się nastawienie wiernych.

Depesza PAP zawiera również zastanawiający akapit:

Dziennik „Sueddeutsche Zeitung" poinformował niedawno o zaskakujących statystykach, według których coraz więcej niemieckich katolików przechodzi do Kościoła ewangelickiego. Do końca listopada 2010 roku w Monachium odnotowano 66 takich przypadków; rok wcześniej — 37. W Stuttgarcie liczba katolików, którzy przeszli na protestantyzm, wzrosła z 19 w 2009 roku do 57 w bieżącym roku.

Zważywszy, że z Kościoła katolickiego występują dziesiątki tysięcy osób, te przejścia do Kościoła ewangelickiego wydają się zjawiskiem raczej marginalnym.

W Polsce w ostatnich dniach wiadomości były cokolwiek przeładowane wypowiedziami hierarchów katolickich i samo czytanie tytułów tych wypowiedzi wydawało się męczące. Metropolita warszawski, kardynał Kazimierz Nycz udzielił wywiadu Onetowi, zaś Onet opublikował go pod intrygującym tytułem: „Radia Maryja nie słucham wcale". Diabli wiedzą dlaczego w samo Boże Narodzenie skojarzyło mi się to z Piłatem i umywaniem rąk, coś mi się wydaje, że kardynał uchyla się od wszelkiej odpowiedzialności za radio niezależnych i samorządnych redemptorystów.

Niezależnie od Radia Maryja kardynał cieszy się, że „...porównując Polskę do innych państw Europy, a nawet świata, to jesteśmy krajem, który ocalił najwięcej wrażliwości, religijności i duchowości…".

Poniższy fragment tego wywiadu wydał i się szczególnie interesujący:

— Nie martwi Księdza Kardynała niemały odpływ wiernych z Kościoła katolickiego? Może Polacy coraz mniej potrzebują już Kościoła?

— Muszę sprostować, bo porównując nasz kraj do takich państw jak Hiszpania, Irlandia czy Portugalia, to tego typu odpływ w badaniach obiektywnych — nie w pytaniu, „czy jesteś przywiązany do Kościoła Katolickiego?", bo na to pytanie 95 proc. Polaków odpowiada, że tak — czyli w liczeniu wiernych w Kościele i w liczeniu ludzi przystępujących do komunii świętej, to spadek wiernych, czy wahanie między rokiem 1990 a 2010, nie jest istotny. Jeśli w wymiarze ogólnopolskim 40 parę procent ludzi regularnie jest związanych z Kościołem katolickim. W dużych miastach to wygląda gorzej, a w mniejszych miastach, na ścianie wschodniej i południu Polski, wygląda to dużo, dużo lepiej. To znaczy, że znaczna część społeczeństwa polskiego potrzebuje Kościoła.

Czy mamy pełną wiedzę o tym jak właściwie zmieniają się postawy wobec Kościoła w Polsce? Mam wątpliwości. Gołym okiem widać pewną zmianę tonu w mediach i zmianę postaw dorastającego pokolenia. Polska jest dziś integralną częścią zachodniego świata i podlega tym samym trendom co inne państwa zachodnie.

Nie tylko kardynał Nycz, ale i papież ma tu wyraźnie inne zdanie i jego postępy w pozdrawianiu Polsków w ich własnym języku są imponujące. Oczywiście polskie media odnotowały świąteczne przesłanie papieża do Polaków oraz do innych narodów świata. Papież wezwał do pokoju, a nawet nieśmiało zauważył, że te święta były okazją do licznych ataków na chrześcijan w krajach muzułmańskich. W tej sprawie jego ton przypomniał mi skandal jaki niedawno wybuchł w związku z odtajnieniem dokumentów sprzed 30 lat, kiedy prasa amerykańska ujawniła wypowiedź Henry Kissingera, który powiedział do Nixona, że jeśli sowieccy komuniści zechcą wysłać Żydów do gazu, to nie będzie to problem Amerykanów, co najwyżej problem humanitarny.

Bez końca musimy wysłuchiwać o tym, że Europa ma chrześcijańskie korzenie, że cywilizacja europejska jest chrześcijańska, hierarchowie i politycy bronią na gwałt chrześcijańskich wartości. Trudno nie odnieść wrażenia, że jeśli muzułmanie zdecydują się na wymordowanie mieszkających jeszcze między nimi chrześcijan, to nie będzie to problem tej chrześcijańskiej Europy, czy równie chrześcijańskiej Ameryki, ewentualnie jakiś tam problem humanitarny. Właściwie nie wiadomo dlaczego mieli by zmieniać swoje postawy, ostatecznie ich zainteresowanie mordowaniem muzułmanów przez muzułmanów też jest raczej ograniczone.

O rozbieżnościach między deklaracjami i chrześcijańską praktyką słyszeliśmy od dawna, właściwie czemu mamy się dziwić.