Mapa wiary i niewiary

Czytając świąteczną „Gazetę Wyborczą" miałem wrażenie, że jest jakaś inna. Jeszcze w ubiegłym roku było sianko i opłatek, a w tym roku ogromny (i naprawdę świetny) artykuł Katarzyny Tuszyńskiej o Christopherze Hitchensie, ani jednego kiczowatego obrazka z świętą rodziną, owszem jest tekst Adama Bonieckiego, ale jakiś antykościelny. Albo Naczelny stracił ukrytą wiarę, albo wpływ na zespół. Jakieś dziwy. Obok bardzo ciekawego wywiadu z profesorem Jerzym Vetulanim, niedwuznacznie mówiącym o ewolucyjnym pochodzeniu moralności, znalazłem opowiadanie Janusza Rudnickiego zaczynające się tak:

On, Wielki Jubilat, nie chodził nigdy po wodzie. Nie dokonał żadnego cudu. Jego matka urodziła go w wyniku stosunku płciowego powszedniego i jeśli to miał być duch, to prędzej w sensie, że rzadko pojawiał się w domu, a więc nie był też święty. Podobnie jak Biblia. Ciągle modyfikowany i przepisywany na nowo zbiór podań, legend i baśni. Przez mniej lub bardziej utalentowanych kopistów. A nie wyrocznia z prawdami objawionymi. Nie trzeba czytać jej na klęczkach, można, gryząc na przykład jabłko. I podkreślając (wężykiem) nośne cytaty.

Biblia to nie rozkład jazdy, nie należy czytać jej dosłownie. Niepokalane poczęcie Matki Boskiej to czarujący w istocie manewr transcendentalny wymyk, baśniowe cacko. A jak On potrafi iść po wodzie, to w tym znaczeniu, żeby uwierzyć we własne siły, wtedy dokonać można wszystkiego. Yes, we can.

Jeśli Kościół myśli o swoje przyszłości, to powinien ratować się ucieczką do przodu. Ogłosić mianowicie powinien natychmiastową metaforyzację Biblii. I wyrzucić do kosza heretyckie dziś dogmaty.

Żeby było śmieszniej, cała reszta opowiadania jest o „Człowieku z marmuru", Wajdzie i wigilii w Hamburgu. Nie wiem, czy autor jest wierzący, czy wręcz przeciwnie, ale jeśli wierzący, to raczej metaforycznie i bez żadnej zgoła dosłowności.

Ucieszyłem się, że przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Michalik, musiał cytowany wyżej tekst czytać, bo Onet wybił w tytule informacji o jego wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" słowa tego arcybiskupa: "Przyjęliśmy fałszywą ideologię".

Dech mi zaparło, ale okazało się, że hierarcha próbował usprawiedliwiać przegraną PiS złą taktyką i tym, że ci którzy mogliby właściwie głosować nie poszli do urn.

Niby była to rozmowa z „Rzeczpospolitą" ale właściwie homilia o otwartości:

Jak najbardziej utożsamiam się z Kościołem otwartym, Chrystusowym - Jana Pawła II, Soboru Watykańskiego II, Benedykta XVI. Bo to jest otwartość prawdziwa, a nie taka, którą zalecają niektóre gazety. To jest inna otwartość — powiedział arcybiskup.

Jest to otwartość, która zdaniem arcybiskupa wymaga otwartej pochwały ojca Rydzyka, który przecież antysemitą nie jest, bo jak powiada arcybiskup: „O. Rydzyk zdecydowanie je [te zarzuty] odrzucił i nikt nie oponował ani go do sądu w tej sprawie nie podał", oraz pochwały księdza Bonieckiego, „który uratował twarz", bo nie posłuchał dziennikarzy, nie złamał zakazu swojego przełożonego i przestał wypowiadać się w mediach.

Kontrowersje wokół tego ostatniego kapłana są zdaniem arcybiskupa spowodowane brakiem zrozumienia problemu posłuszeństwa.

...nie można ulec chęci zarzucania i dyktowania Kościołowi wszystkiego. W szczególności przez niewierzących redaktorów. — Musimy wiedzieć, że to nie jest sprawa drugorzędna, że prowincjał, biskup, papież ma coś do powiedzenia w Kościele w sprawach jego wewnętrznej dyscypliny.

Cały problem otwartości jest dość skomplikowany. Tu nie chodzi o pytanie, czy w Kościele można mieć własne zdanie, ale o, jak powiadano w komunistycznej prasie partyjnej, „linię generalną".

Mówienie: ja jestem katolik, ale jestem za in vitro; jestem wierzący, ale w sprawie aborcji mam swoje zdanie i zawiozę do kliniki aborcyjnej „biedną" matkę itp. To jest rodzaj moralnej alienacji środowiska ze wspólnoty kościelnej.

Można to uznać za dobrą prezentację otwartości opartej na posłuszeństwie. Jeśli jakieś poglądy trzeba będzie zmienić, to hierarchowie wam powiedzą.

Tymczasem wierni nie tylko bywają moralnie wyalienowani ze wspólnoty kościelnej, ale coraz częściej ignorują słowa kapłanów, jak również częściej głosują nogami pozostawiając tych kapłanów samym sobie.

Zafascynowała mnie mapa, na którą zwrócił na swojej stronie internetowej uwagę Jerry Coyne. Jest to mapa światowej wiary i niewiary. Mapa jest stara, ma już całe cztery lata, budzi również wiele pytań.

Czy cztery lata zmian ludzkich postaw wobec religii to dużo czy mało? To zależy w którym momencie historycznym, po roku 1517 cztery lata to była cała epoka. Sam chciałbym wiedzieć jak to jest teraz, bo dobre wyniki Ruchu Palikota i brak sianka w „Gazecie Wyborczej" to za mało, aby coś powiedzieć o naszym polskim społeczeństwie, a i dane na temat zmian reszty świata są nie dość solidne. Irlandia w ciągu dziesięciu lat zmieniła się nie do poznania. A więc dużo się zmienia, a co więcej prawdopodobnie zmiany nabrały jakiegoś przyspieszenia i to w jedną i drugą stronę, bo bez wątpienia nasila się reakcja katolicka, nasila się również dogmatyczna religijność w krajach muzułmańskich, ale są i prądy podskórne w postaci owego islamskiego „facebookowego pokolenia".

Spójrzmy jednak na mapę:


((Kliknij, żeby powiekszyć obraz)

Powyżej 70 procent ateistów/agnostyków ma Dania, Szwecja, Japonia i... Wietnam. Jeśli dobrze widzę (a te kolory na mapie są liche, ale można podeprzeć się listą z artykułu Phila Zuckermana) to 50-60 procent mają Czechy. Próby poszukiwania tu korelacji między stopniem niewiary a demokracją są skazane na niepowodzenie. Kraje skandynawskie i Japonia mające najwyższy wskaźnik areligijności, mają również najwyższy poziom poszanowania praw człowieka. I odwrotnie bardzo wysoka religijność jest bardzo często połączona z wysokim poziomem naruszeń praw człowieka.

Deklaracja wiary w boga to bardzo mętny czynnik, bo i nakazy religijne są różne, i stopień ich dosłownego traktowania bywa różny.

Sama mapa skonstruowana jest na podstawie różnych badań, które często w tych samych społeczeństwach przynosiły wyniki tak różne, iż trudno je traktować poważnie. Mapa daje jednak jakąś ogólną orientację. W Europie Zachodniej intrygująco odstaje Portugalia, Polska, kraje byłej Jugosławii i Rumunia.

Gdyby nie Wietnam, Rosja i Chiny, moglibyśmy powiedzieć, że na tej mapie widać gołym okiem związek między rozwojem gospodarczym a spadkiem religijności. Trudno tu uciec od wniosku, że w przypadku tych trzech krajów mamy do czynienia ze skutkami komunistycznej indoktrynacji. Zdumiewa jednak, że w innych byłych krajach komunistycznych skutki tej indoktrynacji do ateizmu okazały się bardzo płytkie.

Obszary ponurej szarości to islam, katolicyzm i animizm (z charakterystycznym wyjątkiem postkatolicyzmu: Niemiec, Francji, Włoch oraz chyba już również Irlandii). Doskonale się to zgadza z naszą wiedzą ogólną. Przydałyby się badania dokładniejsze i połączone ze wskaźnikami poziomu oświaty (w tym oświaty dziewcząt), dochodów i poszanowania praw człowieka w danym kraju.

Badania nad religijnością stwarzają wiele problemów; w tej materii wszystkie pytania okazują się drażliwe, bardzo wielu ludzi odmawia odpowiedzi w ogóle, szczerość odpowiedzi innych budzi wątpliwości. Zabawne, bo znacznie więcej ludzi gotowych jest powiedzieć, że nie wierzą w boga, niż takich, którzy powiedzą, że są agnostykami czy (broń boże) ateistami. W teokratycznych krajach totalitarnych samo uczestnictwo w takich badaniach może być ryzykowne.

W krajach demokratycznych, gdzie nie było komunistycznej indoktrynacji na rzecz ateizmu, proces laicyzacji jest bardzo łagodny i wielu, po porzuceniu religii jako takiej, nadal czuje się kulturowymi chrześcijanami, żydami, czy muzułmanami. Pisał o tym niedawno Richard Dawkins w liście otwartym do premiera Camerona. Stwierdzał, że w spisie powszechnym bardzo wielu ludzi stawiało krzyżyki w rubryce „chrześcijanin", chociaż ich związki z religią są delikatnie mówiąc, luźne. Fundacja Richarda Dawkinsa zamówiła badania, które pozwolą przyjrzeć się bliżej, na ile deklaracja „chrześcijanin" („żyd", „muzułmanin" ) oznacza w społeczeństwie brytyjskim faktyczną religijność.

Publikowany w wigilijnej „Gazecie Wyborczej" tekst Adama Bonieckiego pochodzi z jego wydanej przez „Znak" książki Lepiej palić fajkę niż czarownice. Już sam tytuł jest niezwykle symptomatyczny i wskazujący na skłonność do metaforycznego traktowania biblijnych przekazów.

Kto wie, może socjolodzy religii powinni zacząć poszukiwać metod badania poziomu metaforyczności w odbiorze przekazu religijnego? Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego jak wielki wachlarz postaw spotykamy tu w każdej religii i w każdym społeczeństwie — od stwierdzenia: „Bóg jest matematyką" aż do śmiertelnie poważnego traktowania obietnicy 72 dziewic za zabicie Żyda, czy mąk piekielnych za niesłuchanie nakazów arcybiskupa.

Kiedy ksiądz, mułła i rabin zgodnie mówią, że lepiej palić fajkę niż czarownice, łatwiej przejść do dyskusji nad znikomym sensem zdania, że „bóg jest matematyką". Inna to jednak bajka, bowiem najpierw musi być więcej kapłanów wolących palić fajki niż czarownice i mniej arcybiskupów nie mogących pojąć jakim cudem katechizacja dzieci w przedszkolach może przeszkadzać rodzicom. Kazimierz Nycz naprawdę nie jest w stanie tego pojąć, ani tego jak katechizacja dzieci w przedszkolach może spowodować taką właśnie ułomność umysłu.

Nad mapą świata ilustrującą obszary prozelitycznego fanatyzmu religijnego oraz metaforycznego traktowania przekazów religijnych trzeba zacząć pracować, wydaje się być ze wszech miar bardzo potrzebna.