Jeśli Assad upadnie, Hezbollah straci syryjskiego patrona na wschodzie — i zdolność trzymania Libanu w morderczym uścisku. Czy Perła Lewantu może znowu się podnieść? I czy zawrze pokój z Izraelem?

Liban ma poważny problem z Izraelem.

Technicznie kraj ten jest w stanie wojny ze swoim południowym sąsiadem od czasu, kiedy państwo żydowskie ogłosiło niepodległość w 1948 r. Obywatele izraelscy mają zakaz wjazdu. Nawet cudzoziemcy mają zakaz wjazdu, jeśli mają w paszportach stempel izraelski. Obywatele libańscy mają zakaz wszelkiego rodzaju komunikacji z Izraelczykami gdziekolwiek na świecie. Jeśli obywatele tych dwóch krajów spotykają się, na przykład na plaży na Cyprze lub w barze w Nowym Jorku, Libańczyk ryzykuje więzieniem, jeśli choćby powie „dzień dobry". Izrael nie istnieje na libańskich mapach.

Równocześnie, może z wyjątkiem Maroka, Liban pod wieloma względami jest najmniej antyizraelskim krajem w świecie arabskim. Istotnie, dziesięciolecia temu Izraelczycy zakładali, że Liban jako jeden z pierwszych krajów arabskich podpisze traktat pokojowy z państwem żydowskim. Wówczas miało to sens. Przy  mniejszości chrześcijańskiej, stanowiącej jedną trzecią populacji (kiedyś była to większość chrześcijańska) Liban jest najmniej muzułmańskim i najbardziej zróżnicowanym religijnie ze wszystkich krajów arabskich. A ponieważ olbrzymia liczba chrześcijan twierdzi, że nie są Arabami, Liban może być najmniej arabskim z arabskojęzycznych krajów. Jego stolica, Bejrut, ma więcej wspólnego z Tel Awiwem niż jakiekolwiek miasto arabskie, włącznie z miastami w samym Libanie. Inaczej mówiąc, Liban jest chyba jedynym krajem arabskim, gdzie Izrael może znaleźć naturalnych sojuszników.

Niemniej dzisiaj powszechnie przyjmuje się, że Liban będzie ostatnim krajem arabskim, który zawrze pokój z Izraelem.

Dla zrozumienia tego paradoksu trzeba spróbować zrozumieć Liban. Powiedzenie, że Liban jest krajem sprzeczności, jest banałem, ale banałem ukazującym prawdę. Jest równocześnie zachodni i wschodni, chrześcijański i muzułmański, nowoczesny i feudalny, demokratyczny i nietolerancyjny, świecki i sekciarski, kosmopolityczny i prowincjonalny, postępowy i reakcyjny, tolerancyjny i agresywnie nienawidzący. Jest tak, ponieważ istnieje więcej niż jeden Liban.

Społeczeństwo Libanu składa się z grubsza w  jednej trzeciej z chrześcijan, jednej trzeciej sunnitów i jednej trzeciej szyitów, z dodatkiem dziesięciu procent Druzów. Chrześcijanie od wieków mieli związki z Zachodem. Większość szyitów szuka przywództwa i poparcia w Iranie. Sunnici są na ogół stowarzyszeni z bardziej liberalnymi i umiarkowanymi siłami w świecie arabskim, jak również z Saudyjczykami. Dzięki temu wszystkiemu, jak również dzięki położeniu Libanu między Izraelem a Syrią, Liban wciągany jest ustawicznie w konflikty regionalne.

A ponieważ Liban był (i do pewnego stopnia nadal jest) wasalem Syrii, samo wspomnienie o pokoju i normalnych stosunkach z Izraelem może cię doprowadzić do więzienia, a nawet spowodować twoją śmierć. Tak jest od połowy libańskiej wojny domowej, kiedy międzynarodowe siły pokojowe wycofały się z Bejrutu i rządząca Syrią rodzina Assadów zdominowała politykę libańską.

Liban jest mniej lub bardziej wolnym krajem, który chroni wolność słowa, ale w kwestii Izraela jest praktycznie państwem policyjnym. Libańczycy boją się ze sobą o tym rozmawiać. Mówią jednak do mnie, bo jestem z zewnątrz. Oczywiście, są skrajnie ostrożni i wiele z tego co mówią, jest powiedziane w ścisłym zaufaniu, ale od czasu do czasu ktoś mówi ze mną otwarcie, wiedząc doskonale, że opublikuję to, co ma do powiedzenia.

Pracuję w Libanie z przerwami od ośmiu lat i widzę, jak sytuacja zmieniła się od czasu wybuchu rewolucji syryjskiej w 2011 r.

„Czerwona linia" wobec Izraela nie jest już tak jaskrawa jak była dawniej. Poza zwykłą podżegającą do wojny retoryką Hezbollahu wyczuwam więcej umiarkowania i rozsądku. Nie dziwi mnie to. Pokój między Izraelem a Libanem jest nadal bardzo odległy, ale przynajmniej jest to teraz do pomyślenia, głównie dlatego, że koniec syryjskiego tyrana Baszara Al-Assada będzie początkiem końca Hezbollahu. A to oni właśnie narzucają „czerwoną linię" wokół kwestii izraelskiej.

Zrozumiałem to wyraźnie, kiedy byłem na lunchu z Mosbahem Ahdabem, politykiem sunnickim i byłym członkiem parlamentu z Trypolisu, drugiego pod względem wielkości miasta w Libanie.

rys
„Moglibyśmy mieć pociąg prosto do Kairu". Mosbah Ahdab.
Zdjęcie: Michael J. Totten

„Okres przejściowy po Assadzie będzie trudny — powiedział, kiedy siedzieliśmy przy butelce wina w jego domu — ponieważ nadal mamy Hezbollah. Ale Hezbollah zostanie przykrojony do bardziej realistycznych rozmiarów. Nadal będą mieli broń, ale nie będą mogli prowokować dziesiątków milionów ludzi, którzy żyją tutaj i wobec których przez wszystkie te lata byli agresywni".

Istotnie Hezbollah będzie otoczony wrogami. Bez rodziny Assada w Syrii, Hezbollah będzie narażony jako mniejszość szyicka w regionie z większością sunnicką. Ich bezpośrednimi sąsiadami są Żydzi, chrześcijanie i Druzowi, a nikt z nich nie ma czasu, cierpliwości ani tolerancji wobec marionetkowej milicji irańskiej na wschodzie basenu Morza Śródziemnego.

„Będzie prawdziwa możliwość rozwoju — powiedział Ahdab. — Będziemy mogli mieć pociąg prosto do Kairu. To może być wspaniałe".

Michael Young, redaktor działu opinii w gazecie bejruckiej „Daily Star", powiedział kiedyś, że Liban jest miejscem, w którym to, czego się nie mówi, jest równie ważne jak to, co się mówi. To była jedna z tych sytuacji.

Spójrz na mapę: jedyna droga, którą pociąg może przejechać z Bejrutu do Kairu, prowadzi przez Izrael. Liban i Izrael muszą mieć otwarte granice i normalne stosunki zanim można by w ogóle rozpocząć coś takiego. Niemniej były członek parlamentu — nie chrześcijanin, ale muzułmanin sunnicki — mówi o tym otwarcie, choć nie całkiem wprost.

Nie może jednak rozmawiać o tym z Izraelczykami. Nie może rozmawiać z Izraelczykami o niczym, bo pójdzie do więzienia. I nie jest z tego zadowolony.

"Kiedyś zaproszono mnie na konferencję Unii Europejskiej — powiedział mi. — Był tam Izraelczyk z portalu internetowego bitterlemons.net i siedział obok mnie. Była tam kamera filmowa i nie mogłem odpowiedzieć. Kiedy rozpoczęła się sesja, powiedział do przewodniczącego, że nie rozumie, po co go zaproszono do miejsca, w którym obecne są kraje arabskie, ale odmawiają rozmawiania z nim. Kiedy przyszła moja kolej, zwróciłem się do przewodniczącego. Powiedziałem: poprzedni gentleman ma całkowitą racją. Niemożność komunikacji jest absurdalna, ale prawo mojego kraju zabrania mi mówienia do niego. Poszedłbym do więzienia".

Przez te lata słyszałem wiele takich historii od Libańczyków i Izraelczyków. Izraelczycy obrażają się, kiedy spotykają Libańczyków, którzy odmawiają rozmowy z nimi, ale Ahdab nie żartuje, kiedy mówi, że poszedłby do więzienia. Był członkiem rządu, ale boi się praw własnego rządu. A gdyby próbował zmienić prawo, kiedy był w parlamencie, niemal z pewnością zostałby zabity przez Hezbollah albo innego sojusznika Syrii.

Powiedziałem Ahdabowi, że uważam to prawo za obłąkane.

„Absolutnie" — odpowiedział.

A jeśli w Damaszku będzie nowa władza? A jeśli, jak powiedział, Hezbollah zostanie przykrojony do bardziej realistycznych rozmiarów?

Samy Gemayel, zgodnie z długą tradycją rodzinną, jest członkiem parlamentu libańskiego. Jest synem byłego prezydenta Amine’a Gemayela i bratankiem Baszira Gemayela, który był wybrany na prezydenta Libanu w 1982 r. zanim został zabity. Brat Samy’ego, Pierre, był parlamentarzystą w 2006 r., kiedy wymachujący pistoletem maszynowym człowiek zastrzelił go w jego samochodzie.

Gemayelowie założyli partię Kataeb, która podczas wojny domowej w latach 1970. i 1980. miała milicję znaną jako Falangiści. Wówczas była to twarda partia prawicowa, ale jak większość partii w Libanie (poza Hezbollahem) złagodniała z wiekiem. Dzisiaj Kataeb ma więcej wspólnego z europejskimi partiami socjaldemokratycznymi niż ze swoim wojowniczym i bezwzględnym dawnym wcieleniem.

Spotkałem Samy’ego Gemayela w jego biurze w górach koło Bejrutu i zapytałem, co jego zdaniem może zmienić się w Libanie bez reżimu Assada tuż za drzwiami, szczególnie jeśli będzie to oznaczało przywołany do porządku i osłabiony Hezbollah. I dodałem: "czy będzie jakakolwiek możliwość, że ludzie zaczną przynajmniej dyskutować o libańsko-izraelskim traktacie pokojowym, jeśli w Syrii będzie nowy rząd? Nikt nawet nie mówi o tym teraz, mimo że Izrael i Syria wielokrotnie prowadzili negocjacje".

„To jest syndrom narodu libańskiego — powiedział. — Przez dwadzieścia lat każdy, kto choćby otworzył usta i powiedział, że myśli o traktacie pokojowym z Izraelem, szedł do więzienia lub był zabity".

Było tak z powodu Syryjczyków i Hezbollahu.

„Ludzie boją się — powiedział. — To jest jak ktoś, kto przez trzydzieści lat siedział w więzieniu. Kiedy wychodzi z więzienia, boi się chodzić ulicami i rozmawiać z ludźmi. To samo jest z narodem libańskim. Nie przezwyciężyli tego syndromu. Szczególnie dlatego, że jest tutaj Hezbollah, żeby im  o tym przypominać".

Oczywiście, traktat pokojowy jest bardzo odległy i z pewnością będzie wymagał zniszczenia lub przemiany Hezbollahu zanim to nastąpi. Ale pierwszym krokiem będzie przezwyciężenie tego syndromu i wymazanie „czerwonej linii". A mogą być stosunkowo proste sposoby dokonania tego.


„Jak ktoś, kto był w więzieniu przez trzydzieści lat".
Samy Gemayel. Zdjęcie: Michael J. Totten

„A jeśli — powiedziałem do Gemayela — przybyliby ludzie z Waszyngtonu i powiedzieli: 'Hej, musicie rozmawiać z sąsiadami'. Czy to by coś zmieniło?"

„Tak, to może spowodować zmianę" — odparł.

I dlaczego nie miałoby? Syndrom jest prosty. Opiera się na strachu, milczeniu i karze. Jeśli Stany Zjednoczone będą naciskać na Liban, by rozpoczął negocjacje z Izraelem, Libańczycy będą przynajmniej mogli dyskutować o tym, że Stany Zjednoczone naciskają na nich, by negocjowali z Izraelem. A ci, którzy uważają, że to świetny pomysł, będą mieli poparcie międzynarodowe. Tak jak „czerwona linia" została narzucona z zewnątrz, może być wymazana z zewnątrz.

Istotnie, ludzie władzy w Libanie maszerują prosto do „czerwonej linii" już teraz, bez żadnych nacisków z zewnątrz.

"Pamiętasz — powiedział Gemayel — kiedy Hezbollah prowadził pośrednie rozmowy z Izraelem przez Niemców? Wystąpiłem w telewizji. To był pierwszy raz, kiedy ktoś o tym mówił. Powiedziałem: 'Jak to jest, że Hezbollahowi wolno prowadzić pośrednio rozmowy z Izraelem przez Niemców, żeby dostać swoich więźniów, podczas gdy państwo libańskie nie ma prawa do pośrednich rozmów, takich jak rozmowy Hezbollahu, żeby dostać z powrotem Szeba Farms?'"

Hezbollah nie odpowiedział na wyzwanie. Bo co mogliby powiedzieć?

Gemayelowie i ich partia byli sojusznikami Izraela podczas libańskiej wojny domowej. Wujek Samy’ego Gemayela, Baszir, przysiągł pokonać palestyńskie państwo w państwie — Jasera Arafata w południowym Libanie, wygnać armię syryjską i podpisać traktat pokojowy z Jerozolimą. Naturalnie Izraelczycy udzielili mu pełnego poparcia w 1982 r., kiedy najechali, a on został wybrany na prezydenta.

Według relacji Thomasa Friedmana w jego książce From Beirut to Jerusalem, jedną z ostatnich rzeczy, którą Baszir Gemayel powiedział było: „Wszystkim tym, którym nie podoba się myśl o mnie jako prezydencie, mówię: przyzwyczają się do tego". Kilka chwil później został wysadzony w powietrze przez terrorystów z Syryjskiej Partii Socjalno-Narodowej.

Brat Baszira, Amine, zastąpił go jako prezydent. Libańska wojna domowa szalała dalej — w tym momencie była dopiero w połowie. A sojusz Kataebu z Izraelem zaczął blaknąć. Partner pokojowy Jerozolimy nie żył i zastąpił go jego ostrożniejszy brat. Hezbollah rósł w siłę na południu — skąd wygnano OWP Arafata — i na północy w dolinie Bekaa. Siły wojskowe reżimu Assada nie planowały opuszczenia Libanu. Izraelskie marzenie o przyjaznym i wolnym od terroru Libanie było przedwczesne i trzeba je było odroczyć na co najmniej pokolenie.

Zapytałem Samy’ego Gemayela o były sojusz jego partii z Izraelem i dodałem ostrożnie: "Możesz udzielić mi dwóch odpowiedzi: publiczną i prywatną. Mogę wyłączyć magnetofon, bo chcę wiedzieć, co naprawdę myślisz, ale chcę także wiedzieć, co powiedziałbyś publicznie".

„Chcę mówić bardzo jasno — powiedział — i to jest moja odpowiedź publiczna i prywatna. Wierzymy, że nie mieliśmy wtedy wyboru i musieliśmy zawrzeć sojusz z Izraelem. Powiedziałem to w telewizji. I jeśli znajdziemy się dzisiaj w takiej samej sytuacji, zrobimy to znowu. To także powiedziałem w telewizji. Nie mogliśmy zrobić niczego innego. Syryjczycy byli przeciwko nam, Palestyńczycy byli przeciwko nam. Libańscy muzułmanie byli przeciwko nam. Cały świat arabski był przeciwko nam. Co mieliśmy zrobić? Powiedzieć: proszę, zabijcie nas? Przyjęlibyśmy wsparcie zewsząd, a jedynym krajem, który nas wtedy wspierał, był Izrael. Naprawdę nie mamy niczego do ukrywania w tej sprawie. I wierzymy, że nadejdzie dzień, kiedy będziemy prowadzić negocjacje z Izraelem o wszystkich nierozwiązanych i spornych kwestiach w celu osiągnięcia trwałego pokoju na naszych południowych granicach. Powinniśmy to skończyć. Powinniśmy mieć stabilność".

Mówił dalej. Myślałem, że może będzie ostrożny, że może zacznie mówić o czymś innym, ale nie, podszedł prosto do „czerwonej linii" i powiedział mi, że mogę to wszystko wydrukować.

„Nie ma żadnej wymówki — mówił dalej — dlaczego Egipt może mieć traktat pokojowy z Izraelem, a nam nie wolno prowadzić negocjacji o zawieszenie broni? Dlaczego Jordania może mieć traktat pokojowy, a my nie możemy negocjować o zawieszeniu broni? Nawet Syria, bez traktatu pokojowego, miała pokojowe stosunki z Izraelem od 1974 r. Dlaczego my nie możemy? Co więcej, dlaczego Hezbollah, grupa paramilitarna, negocjował dwukrotnie z Izraelem poprzez niemieckich mediatorów w 2004 i 2009 r., żeby uwolnić swoich więźniów, a oficjalnemu państwu libańskiemu nie wolno tego zrobić?"


Pomnik zabitego premiera Rafika Haririego.
Zdjęcie: Wikimedia

Ilu ludzi w Libanie zgadza się z Gemayelem? Kto wie? Nie wolno im nawet o tym mówić. Oczywiście nie ma żadnych sondaży w tej kwestii i nie byłyby wiarygodne, gdyby były.

Kiedy zapytałem, jakie jest jego wrażenie co do liczby ludzi zgadzających się z nim, ujął to w ten sposób: „Musimy wziąć pod uwagę, że wielu ludzi zostało zabitych przez Izrael. Musimy być bardzo ostrożni, kiedy o tym mówimy, ponieważ zginęli ludzie. Ale to samo dotyczy Syrii. Syria także zabiła znaczną liczbę Libańczyków od 1976 roku do teraz; można powiedzieć, że więcej niż zabił Izrael Jeśli więc chcecie mieć taką postawę wobec Izraela, to dlaczego nie wobec Syrii? Syria dokonała więcej szkód w Libanie niż Izrael".

Są dwa powody, dla których uważa się za akceptowalny libański sojusz z Syrią, ale nie z Izraelem. Przede wszystkim, Syria jest „bratnim" krajem arabskim. Po drugie, Syria podbiła Liban, przekształciła jego system polityczny i nadal ma tu swoich agentów i marionetki.

„Po prostu chcemy pokoju w tym kraju — powiedział Gemayel. — Chcemy odbudować ten kraj, który był niszczony przez ostatnich czterdzieści lat. A nie możemy budować tego kraju jak długo jest w stanie wojny. Nie chcemy być dłużej w stanie wojny. To jest naprawdę takie proste. Przyszłość powinna być przyszłością pokoju".

Partia Ruch Przyszłości, założona przez nieżyjącego Rafika Haririego — który został zabity przez Syryjczyków i Hezbollah, co wywołało Rewolucję Cedrową — jest głównym wehikułem politycznym dla populacji sunnickiej Libanu. Otrzymuje z grubsza 90 procent głosów sunnickich w wyborach. (Lokalne Bractwo Muzułmańskie jest nic nie znacząca partią marginesu.) Hariri w zasadzie zgadzał się z Gemayelem i podobnie zgadza się z nim jego syn i następca, były premier Saad Hariri. Ruch Przyszłości, jak sugeruje jego nazwa, patrzy w przyszłość, nie w przeszłość. Jego ideologią jest liberalizm i kapitalizm, które nie mogą kwitnąć w strefie wojennej. Ani jeden, ani drugi Hariri nie wzywali do pokoju z Izraelem, ale też żaden nie prowadził wojny z Izraelem. Zamiast tego obaj walczyli przeciwko regionalnym wrogom Izraela. I zapłacili za to cenę, starszy Hariri życiem, młodszy wygnaniem do Francji.

Jadłem obiad z Saadem Haririm na krótko zanim został premierem w 2009 r. i chociaż nie mogę go cytować, bo nasza rozmowa była prywatna, mogę powiedzieć, że ten człowiek, który jest przywódcą libańskich sunnitów, nie jest przeszkodą dla pokoju.

A co z libańskimi szyitami? Stanowią z grubsza jedną trzecią populacji, z grubsza dwie trzecie spośród nich to przynajmniej nominalni zwolennicy Hezbollahu. Ale kolejna jedna trzecia zdecydowanie przeciwstawia się tej partii.

Lokman Slim jest najwybitniejszy działaczem opozycji wobec Hezbollahu w społeczności szyickiej. Żyje tuż pod nosem Partii Boga w dahiyeh, bastionie Hezbollahu na południowych przedmieściach Bejrutu. Poświęcił życie na budowanie liberalnej alternatywy dla samozwańczej „partii Boga". Politycznie jest postacią spośród mniejszości. Nie jest jednak w stanie wojny ze swoją społecznością. Jest w stanie wojny z dominującą partią polityczną, a to zupełnie nie jest to samo.


Stracona nadzieja Libanu. Premier Baszir Gemayel.
Zdjęcie: Wikimedia

„Szyici chcą być szanowanym partnerem w globalizacji świata — powiedział mi. - Nie mogę zaakceptować, że ta gówniana wysepka, Cypr, jest częścią Unii Europejskiej, a my — tylko kilka kilometrów dalej — jesteśmy poddani ostracyzmowi. Chcemy cieszyć się zamożnością i cierpieć z powodu recesji, być częścią świata z jego wszystkimi problemami i wszystkimi korzyściami. Chcemy być częścią świata jak Izrael i Syria".

Ilu ludzi w społeczności szyickiej zgadza się z tym co mówi?

„Dużo więcej, niż sądzisz" — powiedział.

Liban jest jednym z niewielu krajów bliskowschodnich nie rządzonych przez monarchę, które nigdy nie przeszły fazy socjalizmu. Nawet Izrael miał okres socjalizmu, choć na szczęście ani arabskiego, ani radzieckiego modelu. Kapitalizm i handel przychodzą naturalnie ludziom Libanu. Nie mają wielkiego wyboru. Jest to mały kraj bez żadnych zasobów. Nawet po dziesięcioleciach okupacji militarnej i wojny Liban jest zamożniejszy niż inne ubogie w zasoby kraje arabskie. Czy gospodarka nie rozgrzałaby się, gdyby Bejrut miał traktat pokojowy i wolny handel z Izraelem?

„Oczywiście — powiedział Slim. — Powinniśmy wykorzystać fakt, że ludzie chcą pokoju. Nie słuchaj wyłącznie [przywódcy Hezbollahu] Hassana Nasrallaha. Porozmawiaj z ludźmi na ulicy. Ludzie na południu powiedzą ci, że chcą pokoju, podczas gdy Nasrallah zawsze mówi, że chce wojny. Oczywiście, stara kobieta w sklepie sprzedającym papierosy i kanapki żołnierzom UNIFIL chce rozbudowy swojego małego sklepiku".

Nie mówił o żadnej konkretnej starej kobiecie, ale jest mnóstwo kupców na południu, którzy handlowali z Izraelem i nie wszyscy z nich przekroczyli siedemdziesiątkę. Kiedy żołnierze izraelscy najechali na Liban południowy w 1982 r., żeby zniszczyć państewko OWP Arafata, lokalna ludność szyicka witała ich jak wyzwolicieli. Hezbollah o tym nie mówi i partia jest głęboko niezadowolona, kiedy ktokolwiek to wspomina, ale wszyscy w Libanie wiedzą, że taka jest prawda.

W owym czasie szyitom libańskim nie przychodziło nawet do głowy, że Izrael jest ich wrogiem. Ich wróg był odwieczny, ten sam, który nimi pomiatał niemal od momentu powstania islamu — sunnici. Palestyńczycy są w przeważającej liczbie sunnitami i w latach 1970 stworzenie przez nich wojowniczego mini-państwa w sercu obszaru szyickiego w południowym Libanie był najbardziej niepożądanym rozwojem sytuacji.

„Szyici z południowego regionu — pisał profesor z Johns Hopkins, Fouad Ajami, który sam pochodzi z tej części Libanu — cierpieli z powodu władzy Palestyńczyków, powstania pośród nich palestyńskiego państwa w państwie. Palestyńscy uzbrojeni bandyci i propagandyści rządzili tą częścią kraju. Nacjonaliści arabscy w odległych krajach chwalili to schronienie palestyńskie; płaciła za nie arabska ropa naftowa. Ulga szyitów w 1982 r., kiedy Izrael wszedł do Libanu i rozbił posiadłości OWP, była dla arabskich nacjonalistów dowodem, że szyiccy pasierbowie są zdradzieccy. Potem powstał szyicki ruch bojówkarski, Hezbollah, by postawić wyzwanie Izraelowi. Jego zamachowcy, jego polityka "cnoty i terroru" uniewinniła szyitów libańskich w oczach Arabów.

Hezbollahowi zabrało jednak długie lata przekonanie do siebie przeciętnego libańskiego szyitę-cywila. Gdyby Izraelczycy nie pozostali w południowym Libanie zbyt długo — okupacja trwała niemal dwadzieścia lat — Hezbollahowi byłoby znacznie trudniej.

„Chłopi szyiccy donosili Izraelczykom na Hezbollah — powiedział Slim. — Szli do żołnierzy izraelskich i mówili o dziwnych rzeczach, które się działy. Hezbollah spędził dużo czasu na zmienianiu mentalności tych ludzi".

Jeśli Hezbollah osłabnie albo całkowicie upadnie, ta mentalność z czasem powróci do normy, bo Żydzi nigdy nie byli głównymi wrogami szyitów. Ten wątpliwy honor zawsze należał do sunnitów. I, jak pisze Ajami, szyicki „opór" przeciwko „tworowi syjonistycznemu" był od początku w równej mierze zdobywaniem pozycji i szacunku, czyli akceptacji sunnitów.

„Pojedź na południe — powiedział Slim — i zapytaj ludzi, czy chcą nowej wojny, kolejnej bożej wojny".

Zrobiłem to i powiedzieli „nie". Libańskich szyitów wojna po prostu dłużej nie interesuje. Druga wojna libańska w 2006 r. była apogeum poparcia dla agresji Hezbollahu. Sam Nasrallah musiał to przyznać. Właściwie przepraszał swoją społeczność na tlących się ruinach, mówiąc: „Gdybym wiedział, że proces porwania [żołnierzy izraelskich], choćby z jednym procentem prawdopodobieństwa, doprowadzi do takiej wojny, i gdybyście wtedy poprosili mnie, bym ich porwał, moją odpowiedzią byłoby, oczywiście 'nie' — z powodów humanitarnych, moralnych, społecznych i bezpieczeństwa".


Znak w Bejrucie wschodnim.
Zdjęcie: Michael J. Totten

Oczywiście nie powiedziałby tego, gdyby jego ludzie popierali jego destrukcyjną przygodę. Ale to nie znaczy, że chcą oni traktatu pokojowego i normalizacji. Nie chcą.

„Chcą zimnego pokoju — powiedział Slim. — Teraz są uwarunkowani ideologicznie. Nie zapomnij o całej propagandzie antyżydowskiej. Bo nie mówimy tylko o Izraelu. Antysemityzm jest zakorzeniony w naszej kulturze od dziewiętnastego wieku do Hezbollahu. Więc ludzie na południu chcą tylko zimnego pokoju. Nie będą mieli nic przeciwko czerpaniu korzyści z cieplejszego pokoju, ale nie angażuj ich w jego tworzenie".

Hanin Ghaddar, redaktorka naczelna magazynu online NOW Lebanon, jest inną liberalną szyitką z południa, która nie zgadza się z opinią głównego nurtu swojej społeczności i ma swobodę mówienia rzeczy, których nie powie Hezbollah i jego zwolennicy.

„Ludzie mieli różne opinie — powiedziała mi — ale ogólnym wrażeniem było, że inwazja izraelska w 1982 r. była wspaniała. Izraelczycy zanadto przedłużyli swój pobyt, ale byli naprawdę radośnie witani na początku. Wszyscy byli szczęśliwi. Pamiętam to. Wielu moich krewnych było szczęśliwych, włącznie z moim ojcem. Nie mieliśmy żadnych problemów z Izraelczykami".

Spodziewali się jednak, że Izraelczycy odejdą. Ci obcy ludzie z południa byli mile widziani jako wyzwoliciele, ale nie jako okupanci. Gdyby odeszli, Hezbollahowi byłoby znacznie trudniej usadowić się. Ghaddar zgadza się ze Lokmanem Slimem. Hezbollah, powiedziała „użył okupacji, by zgromadzić wokół siebie ludzi".

Izraelczycy powinni byli odejść wcześniej, ale można zrozumieć ich błąd. Początkowo przyjmowano ich radośnie, sądzili więc, że mogą zostać. A chcieli zostać, żeby nie dopuścić innej wrogiej grupy, takiej jak OWP, do zainstalowania się na granicy. Najwyraźniej to nie wyszło.

Antysyjonizm nie był jednak lokalną wiarą w tej części Libanu. Izraelczycy nie przewidzieli, że nowy, rewolucyjny rząd Iranu wyeksportuje swoją ideologię do tak dalekich współwyznawców, częściowo dlatego, że ambicje Iranu wobec Lewantu jeszcze wówczas nie przybrały kształtów, a także dlatego, że szyicka historia wydziedziczenia i zaniedbania nie była — i nadal nie jest - szeroko rozumiana w Izraelu. Irańczycy jednak rozumieli to, bo jest to także ich historia. Wzrost Hezbollahu był mile widziany wśród szyitów z tego samego powodu, z jakiego mile widziana była inwazja izraelska — oba obiecywały ulgę od ucisku sunnickiego, starodawnego i nowoczesnego, rzeczywistego i wyimaginowanego.


Marzenie o lepszym Libanie. Bejrut w nocy.
Zdjęcie: Charles Nouyrit / Flickr

Ghaddar mieszka w Bejrucie, ale wyrastała na południu i często odwiedza tam rodzinę. Podobnie jak Slim jest przekonana, że jej społeczność w przyszłości będzie bardziej zrelaksowana w sprawie Izraela.

„Są bardzo elastyczni — powiedziała. — Wojna z Izraelem skończyła się w 2006 r. Wszyscy to wiedzą. Nie zdarzy się znowu, jeśli Izrael jej nie zacznie. Hezbollah nie uderzy pierwszy raz jeszcze. Nie mają na to dość poparcia. Dla ludzi wojna jest skończona. Są przekonani, że Izrael nie uderzy, jeśli Hezbollah czegoś nie zacznie".

Nic z tego nie oznacza, że pokój i normalne stosunki są za rogiem, ale co ze względnym pokojem i spokojem?

„Jest na to sposób — mówi Eli Khoury, dyrektor firmy reklamowej M&C Saatchi na Bliskim Wschodzie i współzałożyciel Fundacji Odrodzenia Libanu. — Hezbollah już w zasadzie zgodził się na powrót do traktatu o nieagresji, pierwotnego zawieszenia broni, które istniało przez ponad 60 lat. [Przywódca Druzów] Walid Jumblatt prowadzi kampanię na rzecz tego. Także [były premier] Fouad Seniora prowadzi taką kampanię".

Mówi o zawieszeniu broni, które rząd libański i nowe państwo Izrael podpisali pod koniec pierwszej wojny arabsko-izraelskiej w 1949 r. Liban był bardzo słabo zaangażowany w tę wojnę i nie prowadził aktywnych działań wojennych przeciwko Izraelowi od tamtego czasu. Izraelczycy walczyli w Libanie, ale nie przeciwko armii libańskiej ani rządowi. Ich wrogami byli Palestyńczycy i wspierane przez Iran organizacje terrorystyczne. W środku wojny 2006 r. libańscy i izraelscy oficerowie siedzieli razem, pijąc herbatę i wypracowując plany, żeby zapewnić, że żadna strona nie zacznie przypadkiem do siebie strzelać.

„Obecnie wszyscy przynajmniej składają deklaracje neutralności — powiedział Khoury. — Kiedyś tylko chrześcijanie mówili, że chcą neutralności. Dzisiaj więc każda strona, nawet najbezwzględniejsza, składa słowne deklaracje neutralności, decentralizacji, kontroli granic, oczyszczenia porozumień z Syrią i powrotu do zawieszenia broni z Izraelem".

Prawdą jest, że chrześcijanie zawsze chcieli, by Liban był neutralny w konflikcie arabsko-izraelskim. Chcieli tego także szyici do 1982 r. Wtedy tylko sunnici chcieli zaangażowania Libanu. To oni przyjęli panarabizm egipskiego tyrana Gamala Abdela Nassera i zaprosili do kraju OWP.

Od tego czasu jednak sunnici w Libanie po cichu odsunęli się od konfliktu z Izraelem. Dla nich wojna skończyła się wraz z ostatnim bojem z OWP w 1982 r. Jeśli chodzi o resztę regionu, ani jeden sunnicki rząd arabski nie uczestniczył aktywnie w otwartej wojnie przeciwko Izraelowi od wojny Jom Kipur 1973 r. Sunnici libańscy nie są wyjątkowi w tym odejściu. W rzeczywistości mają więcej powodów do tego niż sunnici w miejscach takich jak Tunezja i Maroko, ponieważ Tunezja i Maroko nie są rozbijane na kawałki, kiedy lecą rakiety. Wbrew popularnemu przekonaniu w niektórych kręgach większość ludzi w Libanie nie lubi, kiedy wylatują w powietrze lub są celem ostrzału.

„Najnowsze badanie, jakie zamówiliśmy — powiedział Khoury — a było ono staranne, przebadaliśmy 4 tysiące ludzi, pokazało, że 95 procent sunnitów nie dba już dłużej o salafizm ani o konflikt arabsko-izraelski. Interesują ich inne rzeczy. Musisz pamiętać, że partia Saada Haririego jest zdecydowanie najpopularniejszym ruchem wśród sunnitów".

Tylko Hezbollah utrzymuje walkę przy życiu, a z historycznej perspektywy, naturalne stanowisko ich społeczności było radykalnie inne niż teraz. Sponsorzy Hezbollahu w Syrii i Iranie nadal trzymają się i może zabrać pokolenie, by zmieniły się postawy, nawet jeśli broń, pieniądze i ideologia przestaną płynąć z Teheranu i Damaszku. Powinno jednak być już teraz jasne, że nic nie jest wieczne w kwestii postaw i zachowań południowego sąsiada Izraela. A jeśli nadal jest zbyt wcześnie na optymizm, nie jest zbyt wcześnie na powiedzenie, że wydaje się, iż na końcu tunelu pojawia się wreszcie jakieś światło.

Dreaming of a Lebanon completely at peace

The Tower, July 2013