Kilka miesięcy temu Watykan zapowiedział wielką konferencję naukową poświęconą darwinowskiej rocznicy i ewolucji. Czy to oznacza, że w Kościele katolickim szykuje się rewolucja? Raczej nie, ale z pewnością będzie to ciekawe wydarzenie, które (zdaniem niektórych komentatorów) będzie kolejną próbą zakopania przepaści między religią i nauką.

Dziennikarze otrzymali informację o planowanym darwinowskim kongresie naukowym 16 września 2008r. podczas konferencji prasowej arcybiskupa Gianfranco Ravasiego. Arcybiskup, będący przewodniczącym papieskiej Rady ds. Kultury, co prawda nie wyjaśnił dlaczego za organizację tej imprezy zabiera się Rada Kultury, ale zapewnił zebranych, że między teorią ewolucji, a przekazem biblijnym i teologią nie ma cienia sprzeczności. Pierwszym i koronnym dowodem na to jest, zdaniem arcybiskupa, fakt, że Kościół katolicki nigdy nie potępił Charlesa Darwina, a jego dzieło „ O powstawaniu gatunków” nigdy nie znalazło się na indeksie.

Jak się wówczas dowiedzieliśmy, marcowy kongres skupi teologów (przede wszystkim), filozofów oraz naukowców, a zorganizują go wspólnie Papieski Uniwersytet Gregoriański i amerykański Uniwersytet Notre Dame w Indianie pod patronatem Papieskiej Rady ds. Kultury.

Czego zatem możemy się spodziewać? Jak pisała po tej konferencji prasowej „Rzeczpospolita” [ 1 ]:

„Abp Ravasi podkreślił, że Kościół jest bardzo zainteresowany dyskusją o ewolucji, zwłaszcza że stała się symbolem stosunku wiary do nauki. – Teologów i naukowców, choć działają w różnych dziedzinach, nie powinien dzielić chiński mur czy żelazna kurtyna, teolog powinien z pokorą wysłuchać naukowca, a niektórzy naukowcy powinni się wyzbyć arogancji, z jaką traktują teologów – powiedział.”

Czy będzie to zatem dyskusja, czy raczej dobrze wyreżyserowany spektakl? Watykaniści wydają się być rozdarci w swoich przewidywaniach jako, że obecny papież dał już raz do zrozumienia, że nie jest tak bardzo przekonany do teorii ewolucji, bowiem jego zdaniem, nie można jej udowodnić, ponieważ dokonywała się przez miliony lat i nie da się jej dziś odtworzyć w laboratorium.

„Rzeczpospolita” co prawda wydrukowała artykuł z przekręconym tytułem dzieła Darwina, ale na wszelki wypadek podparła się rozmową z profesorem Janem Drabiną (kierownikiem Zakładu Historii Chrześcijaństwa na UJ), który autorytatywnie stwierdził, że „Darwin był człowiekiem głęboko wierzącym, że ubieranie go w szaty ateizmu jest niewiarygodnym błędem, a Biblia jest księgą wiary, a nie księgą mówiącą o prawach przyrody”. (Profesor Drabina jest źle poinformowany, ale ostatecznie biografia Darwina nie należy do jego specjalności, chociaż może jako religioznawca powinien zauważyć, że pewne stwierdzenia z Biblii o prawa przyrody delikatnie zahaczają.)

Tygodnik „Niedziela” komentując tę konferencję prasową również podkreślał, że żadnych sprzeczności między teorią ewolucji a religią nie ma i dał do zrozumienia, że planowany kongres będzie w pewnym sensie kontynuacją seminarium zwołanego przez Benedykta XVI w Castel Gandolfo w 2006 roku.

Na seminarium tym kluczowy referat wygłosił wiedeński kardynał Christoph Schönborn, którego artykuł poświęcony stosunkowi Kościoła katolickiego do ewolucji, opublikowany w „The New York Times” w 2005 roku wywołał duże zainteresowanie na świecie.

Stanowisko kardynała Schönborna (jak się wydaje w znacznym stopniu podzielane przez Benedykta XVI) to przede wszystkim próba wyjaśnienia nieporozumień wokół wystąpienia Jana Pawła II z roku 1996, kiedy to polski papież stwierdził, że „teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą”. Zdaniem kardynała „obrońcy dogmatu neodarwinowskiego” (uwaga, uwaga, mamy tu jakiś bliżej nieokreślony neodarwinowski dogmat!) powołują się na to wystąpienie twierdząc, że pozwala ono na pogodzenie teorii ewolucji z wiarą chrześcijańską.

Artykuł Schönborna wywołał gwałtowne protesty postępowych teologów katolickich (w tym profesora arcybiskupa Życińskiego), ale trudno nie odmówić mu rzetelności. Wiedeński kardynał zdaje się udowadniać, że słowa Jana Pawła II wyrwane z kontekstu, sugerują coś, czego polski papież bynajmniej nie myślał. Schönborn pisze [ 2 ]:

„Rozważmy to, czego naprawdę nauczał nasz ukochany Jan Paweł. Mimo że jego ogólnikowy i drugorzędny list na temat ewolucji stale i wszędzie jest cytowany, nie widać, aby ktoś zastanawiał się nad tymi jego komentarzami, które Papież wygłaszał od roku 1985, a które przedstawiają z całą wyrazistością jego nauczanie w sprawach dotyczących Przyrody.

Wszystkie obserwacje dotyczące rozwoju życia prowadzą do podobnych konkluzji. Ewolucja form żywych, której etapy i mechanizmy bada przyrodoznawstwo, ujawnia zachwycającą wewnętrzną celowość. Ta celowość, która kieruje tymi bytami bez ich udziału i bez ich wpływu, skłania człowieka do przypuszczeń o istnieniu umysłu, która jest ich wynalazcą, ich Stwórcą.

A dalej Papież stwierdza:

Tym wszystkim wskazówkom istnienia Boga Stwórcy niektórzy przeciwstawiają moc przypadku lub mechanizmów właściwych materii. Mówienie o przypadku w Kosmosie, który jest tak bardzo złożony w swoich elementach i tak cudownie celowy w swoim [dynamizmie] życia, oznaczałoby rezygnację z poszukiwania wyjaśnienia tego, co w tym świecie dostrzegamy. Byłoby to uznanie skutków bez przyczyny. Byłaby to abdykacja naszej ludzkiej inteligencji, wyrzekającej się poszukiwań i dążenia do rozwiązywania problemów.”

Możemy w tym miejscu zacząć dyskusje na temat tego, czy stanowisko polskiego papieża było sprzeczne z teorią ewolucji Charlesa Darwina, czy tylko z jakimś „neodarwinowskim dogmatem”, trudno jednak o wątpliwości, że jest ono formą kreacjonizmu, która w intrygujący sposób próbuje godzić ogień z wodą. (Co prawda Bóg nie siedział nad rzeczką i nie lepił Adama z gliny, ale był gliniarzem pilnującym porządku ewolucji.)

Na czym zatem mogłaby polegać rewolucyjna zmiana stanowiska Kościoła katolickiego w stosunku do ewolucji? Osobiście podejrzewam, że na częstotliwości powtarzania „tak, ale”. Usłyszymy zapewne, że być może ewolucja poprawnie opisuje procesy zachodzące w przyrodzie, ale siłą sprawczą za tymi procesami jest Stwórca. Możemy się spodziewać prób łagodzenia języka konfliktu między religią i nauką, ale zapewne ani na jotę nie wpłynie to na postawy księży katechetów w szkołach i obróbki cieplnej dziecięcych umysłów, zanim z jakąkolwiek nauką zdążą się zapoznać.

Tak czy inaczej idzie o dusze, chociaż nie można wykluczyć, że darwinowski kongres w Watykanie będzie próbował to i owo raczej zamazać niż wyjaśnić.

Wydaje się, że wyraźniej o celach tych zabiegów w kontekście zbliżającego się kongresu pisało na swoje stronie Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne:

„Wbrew jednak często przytaczanej opinii, wyrażonej także w New Scientist, Kościół katolicki w swoim oficjalnym doktrynalnym nauczaniu nie twierdzi, że tzw. teistyczny ewolucjonizm jest metodą Bożego stwarzania i że Bóg posłużył się ewolucją stwarzając życie i człowieka.”

Święta prawda, akceptacja teorii ewolucji dokonuje się tu jak w stanisławowskim teatrze — na stronie. Wygląda na to, że Kościół mówi to, tamto i owo, nie specjalnie dbając o spójność swojego nauczania, a być może zgoła przeciwnie, dbając o niespójność swojego nauczania.

Na cytowanej tu stronie Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego (również przy okazji komentarzy do watykańskich obchodów Roku Darwina) znajdujemy cytat brytyjsko-amerykańskiego filozofa Michaela Ruse’a, który w maju 2000 roku pisał:

„Ewolucjonizm jest propagowany przez ewolucjonistów jako coś więcej niż tylko nauka. Ewolucjonizm jest rozpowszechniany jako ideologia, jako świecka religia — jako dojrzała alternatywa dla chrześcijaństwa, dająca sens i moralność. Jestem zawziętym ewolucjonistą i byłym chrześcijaninem, ale muszę przyznać, że skarżąc się (...) literaliści mają absolutną rację. Ewolucjonizm jest religią. Było to prawdą o ewolucjonizmie na początku i jest prawdą o ewolucjonizmie nadal dzisiaj". (Michael Ruse co prawda pisze, że jest byłym chrześcijaninem, ale systematycznie występuje w obronie kreacjonizmu.)

Interesujące, zarzut, że coś jest religią, ze strony ludzi religijnych chyba nie powinien być zarzutem najcięższego kalibru, zarzut o posiadaniu dogmatów nie powinien być aż tak dyskryminujący. Czyżby towarzyszyła tym zarzutom świadomość, że religia jest oszustwem, a dogmaty świadectwem głupoty?

Oczywiście odpowiedź, że ani teoria ewolucji, ani nauka jako taka religią nie jest, w tej „dyskusji” do niczego nie prowadzi, gdyż nie ma tu zgody na wstępne uzgodnienie terminu „religia”. Prawdą jest natomiast, że ktokolwiek zajmuje się badaniami naukowymi procesów zachodzących w przyrodzie, wie również, że nie ma tu miejsca na jakiegokolwiek boga i jego wspomagające działania. (W to można sobie wierzyć, ale nie da się tego wspomagającego działania ani zbadać, ani zmierzyć.) Prawdą jest natomiast, że poważne traktowanie nauki może mieć wpływ na stosunek do moralności (np. akceptacja ewolucyjnego pochodzenia moralności, a tym samym odrzucenie jej boskiego pochodzenia) i może dostarczać interesujących podstaw do dyskusji o sensie ludzkiego życia. Może zatem prowadzić do wypierania religii, ale czy jest religią?

Wielu bardzo głęboko wierzących ludzi twierdzi (nie ukrywając swojego oburzenia), że ateizm jest religią. Aby wzmocnić moralną siłę swoich zarzutów przypominają często o okrucieństwach ateistycznych ustrojów totalitarnych, przede wszystkim komunistycznych ale i tych znacznie mniej ateistycznych — faszystowskich.

Tu pojawia się jednak zabawna zmiana ról, gdyż ze strony ludzi, których ateizm wyrasta z poważnego traktowania nauki, wysuwany jest często argument, iż owe rzekomo ateistyczne reżimy totalitarne nosiły wszelkie znamiona religii, że ich przywódcy istotnie odmawiali uznania innych bogów, ale tylko dlatego, iż sami sięgali po boskość i domagali się kultu własnej osoby.

Dopiero co czytałem autobiograficzną opowieść chińskiej autorki Emily Wu o jej dzieciństwie w czasach rewolucji kulturalnej. [ 3 ] W pewnym momencie jedenastoletnia dziewczynka, której ojciec jest w obozie, a matka na zesłaniu, która jest jedyną opiekunką młodszego brata, której nauka polega niemal wyłącznie na głośnym recytowaniu mądrości Przewodniczącego, a w szkole dzieci rodziców, którzy jeszcze nie siedzą, zachęcane są do fizycznego i psychicznego znęcania się nad dziećmi rodziców, którzy już siedzą, siada potwornie zmęczona na schodach.

„Wzięłam do ręki obrazek (z portretem Mao – A.K.) i pomodliłam się, żeby mi dał energię, przywrócił siły i zdrowie. Nic się nie wydarzyło. Zaczęłam rozmyślać nad wszystkim, czego mnie nauczono o partii i przewodniczącym Mao. Dotarło do mnie, że to stek kłamstw. Trzymam w dłoni świstek papieru i modlę się do niego jak jakaś idiotka.”

Czytając ten fragment uświadomiłem sobie lekcje politycznej religii w szkole w czasach mojego dzieciństwa, na początku lat pięćdziesiątych. Portret Stalina na ścianie, portrety Stalina w podręcznikach, nabożnie powtarzane słowa koryfeusza, pieśni o Stalinie śpiewane w klasie i na korytarzu, wiersze o Stalinie przygotowywane na apele i akademie. Od czasu do czasu, któryś z gorliwszych nauczycieli przypominał sobie, że w klasie są dzieci z „reakcyjnych rodzin” i informował, że dla takich jak my, nie ma miejsca w socjalistycznym społeczeństwie.

Zarzut religijności kierowany pod adresem „ateistycznych” reżimów politycznych wydaje się trzymać zupełnie dobrze. Czy jednak równie łatwo podeprzeć taki zarzut faktami w odniesieniu do ateizmu płynącego z respektu dla nauki, do ateizmu odrzucającego wszelki dogmat i wszelkie świętości?

Czy watykański kongres poświęcony teorii ewolucji może otworzyć drogę do prawdziwej dyskusji między religią i nauką? Wątpię, ale nadal interesuje mnie, czy będzie to wyreżyserowany spektakl, czy względnie swobodna dyskusja między ludźmi wierzącymi, którzy mają różne podejście do owego łączenia zjawisk nadprzyrodzonych z nauką? Wśród wierzących spotykamy się z całą gamą postaw i poglądów i podejrzewam, że ów kongres będzie miał za zadanie wytycznie linii generalnej Watykanu.

Na Rok Darwinowski zapowiadana jest ogromna liczba konferencji naukowych i ze wszystkich stron podkreślane będzie znaczenie ewolucji dla zrozumienia nauk przyrodniczych i naszego miejsca w świecie. Dla większości naukowców watykańska linia generalna będzie bez znaczenia lub będzie miała znaczenie marginalne, przeciętny widz telewizyjny zapewne nigdy o tym kongresie nie usłyszy. Dla zainteresowanych ciekawe jest jednak pytanie co zwycięży, kreacjonizm twardy, czy miękki?

W pierwszy dzień Bożego Narodzenia obchodziliśmy kolejne urodziny Izaaka Newtona. Jest raczej pewne, że Jezus nie urodził się 25 grudnia, 2009 lat temu. Uczciwie mówiąc, z urodzinami Newton też jest pewien kłopot, gdyż, jak przypominała w NYT Olivia Judson, Europa kontynentalna w roku 1640 przeszła z kalendarza juliańskiego na gregoriański, co pociągało za sobą „zgubienie” 10 dni, czyli według dzisiejszego kalendarza Newton urodził się 4 stycznia 1643 roku (co daje nam możliwość świętowania nauki przez ponad tydzień) . Kalendarzowe zamieszanie ma swoją interesującą historię, o którym Olivia Judson bardzo ładnie pisze. Nie w tym rzecz. Rok wcześniej, Richard Dawkins zaproponował [ 4 ], żeby w Dzień Bożego Narodzenia obchodzić święto grawitacji. Złośliwy żart znanego naukowca zaczął żyć własnym życiem i 25 grudnia dowiedziałem się z naszego Onetu, że:

„Z okazji przypadającej dziś rocznicy urodzin wybitnego fizyka Izaaka Newtona w wielu miejscach na świecie obchodzone jest Święto Grawitacji. Zgodnie z intencją pomysłodawców, ma ono, poprzez celebrację nauki, łączyć wszystkich ludzi na świecie, bez względu na ich poglądy.”

Jeden z internautów skomentował tę informację stwierdzając gniewnie, że grawitacja jest tylko teorią, i że w szkołach powinna być równolegle nauczana teoria inteligentnego spadania.


 Przypisy:
[ 2 ] cytuję za tekstem w języku polskim w tłumaczeniu Piotra Lenartowicza.
[ 3 ] Emily Wu, Larry Engelmann, Piórko na wietrze, Dzieciństwo odebrane przez brutalne rządy Mao, Świat Książki 2008r.