„W dniach od 11 do 13 sierpnia 2006 r. odbyła się w Warszawie seria zajęć [osób] praktykujących Falun Gong przybyłych z wielu krajów europejskich, jak również z USA i Kanady, by ujawniać Polakom prawdę o prześladowaniach, jakie mają miejsce w Chinach. Tak ogromne przedsięwzięcie z udziałem dużej liczby praktykujących z wielu europejskich krajów zostały zorganizowane w Polsce po raz pierwszy." (Informacja w języku polskim ze strony internetowej Falun Gong.)

Ciekawe dlaczego Warszawę wybrano na miejsce tego międzynarodowego spotkania? Nie ma wątpliwości, że Falun Gong ma u nas dobrą prasę. Pasjami również uprawiamy lustrację, więc zapewne spotkanie organizowaliśmy pod hasłem: „Za Naszą Lustrację i Waszą".

W „Gazecie Wyborczej" ukazał się 21 sierpnia br. intrygujący artykuł Konrada Godlewskiego, nauczyciela, który uczy angielskiego w Chinach. Artykuł traktuje o Falun Gong, sekcie która walczy z partią komunistyczną i kosmitami. Autor nie należy do bezkrytycznych piewców tej sekty, więc jest to zupełna zmiana tonu. Pierwsze informacje o Falun Gong ukazały się w "GW" przed siedmioma laty i przez wszystkie te lata nie było ani jednej krytycznej wzmianki o tej organizacji. Wrogowie naszych wrogów są poza wszelką krytyką. Informacje przekazywane przez działaczy tej sekty traktowane były jako całkowicie wiarogodne.

W listopadzie 1999 „Gazeta" pisała: „Informacje o demonstracjach organizowanych w Pekinie przez związek Falun Gong zaskoczyły niemal wszystkich. Z mediów, i to nie tylko polskich, popłynął strumień dezinformacji. Wielu twierdziło, że qi gong (czytaj: czi kunk) to sztuka walki, podczas gdy jest to gimnastyka lecznicza." Autor notatki zapewniał, że Falun Gong nie może być sektą, bo „nie zajmuje się religią".

Na cytowanej tu już oficjalnej stronie internetowej Falun Gong jej zalety prezentuje nam chiński, ponad osiemdziesięcioletni rolnik, który twierdzi, że w marcu 2001 roku był umierający. Lekarze stracili wszelką nadzieję, ale dzieci włączyły umierającemu taśmę z nagraniami o Falun Gong. „Wbrew moim oczekiwaniom im dłużej słuchałem kasety tym bardziej chciałem jej słuchać. Zasady, o których tam mówiono były bardzo dobre. Powiedziano mi, iż nazywa się to Falun — Prawo Buddy. Nie jestem wykształcony i jak dotąd nie słyszałem nic tak wspaniałego i dobrego. Uszanowałem Prawo Buddy z głębi mojego serca. Zanim skończyłem słuchać kasety, stało się coś cudownego — z każdą chwilą czułem się coraz lepiej. Mój żołądek zaczął pozbywać się szkodliwych substancji. Trwało to przez 3 dni. Czwartego dnia moje zdrowie zaczęło się znacznie poprawiać. Odzyskiwałem siły, zacząłem jeść, a potem chodzić. Od tamtego dnia nie zażywam żadnych leków, całkowicie powróciłem do zdrowia."

Na tej samej stronie internetowej o swoim cudownym nawróceniu pod warszawską stacją metra informuje pewna Polka: „...kiedy zobaczyłam medytujące osoby przy Metro Centrum zobaczyłam w ich twarzach wielki spokój i coś, co mi się w myślach określiło, jakby jakiś rodzaj błogości. Stałam tak przyglądając się im. (...) W końcu podeszłam bliżej i wzięłam ulotkę. I tak to się wszystko zaczęło. Kiedy przeczytałam z ulotki o trzech zasadach, którymi kieruje się ta praktyka: Prawda, Dobroć, Tolerancja, dostałam gęsiej skórki i poczułam, że właśnie te zasady od wielu lat staram się wcielać w życie (...). Wiedziałam, że nie bez przyczyny znalazłam się tamtego dnia w tamtym miejscu. (...) Od początku wykonywania ćwiczeń doznałam wrażenia, że mimo delikatnych ruchów, mają niesamowicie silną energię; silniejszą niż cokolwiek, z czym się zetknęłam przez całe osiem lat moich duchowych poszukiwań. W tym wszystkim czułam, że jest to dobre, a ludzie, z którymi się zetknęłam — praktykujący Falun Gong — pokazali mi, że Prawda, Dobroć i Tolerancja w przypadku tej praktyki to nie są tylko puste słowa, ale są czymś, co starają się w sobie rozwijać i do czego się stosować. (...) Zawsze bolała mnie i zarazem smuciła taka obłuda. Ciągle szukałam czegoś, co nie byłoby tylko pustym założeniem, ale stało się swego rodzaju sposobem na życie i możliwością samorealizacji wraz z pozyskaniem wewnętrznego rozwoju. Znalazłam."

Konrad Godlewski cytuje na początku swojego artykułu słowa byłego prezydenta Chin Jianga Zemina, który w kwietniu 1999 roku rozpoczął kampanię zwalczania tej sekty: „Dzięki marksizmowi wierzymy w obiektywizm i ateizm. Czy nie zatriumfujemy nad tym, co głosi Falun Gong?" Marksistowski obiektywizm i ateizm nie budzi najlepszych skojarzeń. Jeśli idzie o chińskich komunistów, to mam w stosunku do nich mieszane uczucia. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że w ostatnich dziesięcioleciach są nieco skuteczniejsi od naszych mężów stanu. Jednak nie wszystkie ich metody budzą sympatię, chociaż nie mogę wykluczyć, że nawet w zupełnie demokratycznych wyborach Chińczycy nie zamieniliby ich ani na Lecha Wałęsę, ani nawet na braci Kaczyńskich.

Falun Gong jest jedyną liczącą się, zorganizowaną opozycją w komunistycznych Chinach. Uczciwie mówiąc nie życzę Chińczykom, żeby zdobyła władzę. Czy jako opozycja dostarcza ona światu prawdziwych informacji o łamaniu praw człowieka w tym kraju? Nie mamy powodu wątpić o tym, że prawa człowieka są w Chinach łamane. Chiny przeżywają okres nieprawdopodobnego rozkwitu ekonomicznego i można się zastanawiać co lepsze — anarchia, czy oświecona dyktatura, która stawia na rozwój gospodarki, masowej oświaty (w której komunistyczna indoktrynacja zmalała do ilości śladowych), stopniowego przechodzenia od komunistycznego absurdu do gospodarki rynkowej oraz do coraz większej autonomii samorządów. Takie abstrakcyjne rozważania nie są żadną pociechą dla ludzi torturowanych za swoje poglądy, pozbawianych prawa do obrony w sądach, czy narażonych na samowolę lokalnych kacyków. Posługiwanie się jednak fałszywymi, czy wątpliwymi zarzutami o łamaniu praw człowieka jest niedźwiedzią przysługą dla przyjaciół Chińczyków. Chociaż czasem czytając artykuły w polskiej prasie, odnoszę dziwne wrażenie, że los Chińczyków obchodzi ich autorów tyle co zeszłoroczny śnieg, zaś prawdziwym celem jest dokopanie tym żółtym komunistom, którzy nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo jakim prawem mają rzekomo jakieś sukcesy gospodarcze.

Jak dotychczas świat (nie tylko Polska, chociaż my byliśmy wyjątkowo łapczywi) bez żadnego zastanawiania się połykał wszelkie „informacje" przekazywane przez członków Falun Gong. Większość tych informacji była trudna lub niemożliwa do sprawdzenia, a w standardowe dementi chińskich władz trudno było wierzyć.

Pierwszą informacją, która wywołała grymas niepewności zarówno na twarzach polityków jak i niektórych dziennikarzy była wiadomość o obozie koncentracyjnym dla członków Falun Gong, w którym więźniowie mieli być celowo mordowani, a ich organy miały być pozyskiwane na przeszczepy. Jak pisze Godlewski informacja zelektryzowała władze Stanów Zjednoczonych, rozpoczęto śledztwo, okazało się, że we wskazanym miejscu stoi zwykły i dostępny dla zagranicznych dziennikarzy szpital (co oczywiście mogło być przykrywką dla zamaskowanego przez dyktaturę obozu). Mieszkający w Stanach Zjednoczonych słynny chiński dysydent Harry Wu nie dostał od Falun Gong pozwolenia na osobiste spotkanie świadków (będących również w Stanach), ale analizując ich zeznania pisemne, doszedł do wniosku, że te oskarżenia o chińską powtórkę Auschwitz są wyłącznie polityczną propagandą.

Autor artykułu w „Gazecie Wyborczej" przypomina również, że mieszkająca w Stanach Zjednoczonych i związana z Uniwersytetem Yale Maria Hasia Chang w książce o Falun Gong porównała ją z koreańską sektą Moona.

Założycielem Falun Gong jest były trębacz milicyjnej orkiestry Li Hongzhi, którego biografię znajdujemy w pierwszych wydaniach napisanej przez niego i traktowanej przez członków sekty jak biblia książce.

Mistrz Li urodził się w 1951 roku i już jako ośmioletnie dziecię posiadał nadnaturalne moce. Umiał lewitować i stawać się niewidocznym. Umiał również cudownie przenosić się z miejsca na miejsce. Uczył się u buddyjskich mistrzów, ale nocami i w sekretnych miejscach, więc nie ma żadnych świadków jego nauki. Jego nadnaturalne moce nie są jednak tak ważne jak jego mądrość. „Odkrył prawa wszechświata, pochodzenie ludzkości i jej przyszłość." Miał poczucie misji stworzenia cnotliwego społeczeństwa i wyzwolenia ludzkości, której serca i dusze są przeżarte a ciała umęczone.

Li Hongzhi dokonał wielu cudów dla swoich uczniów. Przede wszystkim w brzuchach wszystkich swoich uczniów zaszczepił „obracające się koło prawa", które leczy wszystkie choroby. Wszczepienie tego koła, jak czytamy, nie wymaga operacji, ani nie powoduje bólu, ponieważ nie jest to obiekt fizyczny i nie można go zobaczyć ani dotknąć. Koło to jest stworzone przez nadnaturalną energię Mistrza, co powoduje, że ma moc uzdrawiania.

Ta „biografia" Mistrza publikowana była tylko w starszych wydaniach Zhuan Falun, w kolejnych wydaniach (po roku 2000) została pominięta. Podobno wiernym zalecano również wymianę starych wydań na nowsze.

W roku 2002 Mistrz Li oświadczył, że „żadna istota nie wie kim jestem. Jednak beze mnie nie byłoby wszechświata." Czasem twierdzi, że jest którymś wcieleniem boga i że miał już wiele istnień, czasem, że jest przybyszem z kosmosu. Można by wzruszyć ramionami, gdyby nie fakt, że poszły za nim miliony, że sekta dysponuje potężną siecią własnych mediów i cieszy się ogromną sympatią zachodnich filozofów i zachodnich środków masowego przekazu.

Li jest przekonany, że chaos we współczesnym świecie powodują kosmici, którzy dokonują cichej inwazji Ziemi i podmieniają ludzkie dusze między kolejnymi inkarnacjami. Nauki Mistrza są wykładem „zasad wszechświata", których ludzkość nie może pojąć, ani posiąść. Dlatego też należy ignorować wszelką wiedzę nauczaną przez ludzi (innych). Niezwykle to skomplikowane, ale od razu daje mgliste poczucie doskonałości.

Głównym źródłem sukcesów Falun Gong w zachodnich sferach świeckich nie są jednak zachwycająco absurdalne religijno filozoficzne wypowiedzi Mistrza Li, ale walka o prawa człowieka w Chinach. Od 1999 roku członkowie sekty przedstawili zachodniej prasie tysiące świadectw dotyczących uniemożliwiania praktyk religijnych, bezprawnych pozbawień wolności, tortur, mordów, masowego zabijania dla pozyskania organów. Większości tych informacji nie można było sprawdzić, ale władze chińskie rzeczywiście prowadzą otwartą kampanię przeciw sekcie, więc przynajmniej część zarzutów jest wysoce prawdopodobna.

Czy władze chińskie miały podstawy do delegalizacji sekty Falun Gong? Argumenty przedstawiane przez oficjalne źródła chińskie stwierdzają, że sekta Falun Gong zmierza do destabilizacji ładu społecznego w Chinach, że jest to sekta niebezpieczna, gdyż nawołuje do rezygnacji z medycyny, co naraża na śmierć lub długotrwałe choroby oszukanych, zniechęca do nauki, podważa autorytet władz. Dla zachodnich odbiorców oczywisty i prawdziwy jest tylko ten ostatni argument. Jest on również powodem niekończących się zachwytów nad tą sektą.

W początkach lat siedemdziesiątych europejska prasa zachodnia prezentowała ajatollaha Chomeiniego jako największego obrońcę praw człowieka świata muzułmańskiego. Szach Iranu miał poparcie Stanów Zjednoczonych i cieszyła każda maczuga, której można było użyć przeciwko Ameryce. Fakt, że maczuga ta zaczęła szybko roztrzaskiwać głowy mieszkańców Iranu, to zachodnich filozofów specjalnie nie poruszało. Do dnia dzisiejszego wolą również nie zauważać, że podawali sznur do powieszenia całej zachodniej cywilizacji.

Obrona praw człowieka jest rzeczą piękną, wystarczająco piękną, aby stała się interesująca zarówno dla durniów, jak i hochsztaplerów oraz zbrodniarzy. Zasada — wrogowie moich wrogów są moimi najlepszymi przyjaciółmi — czasem okazuje się jednak śmiertelną pułapką.